niedziela, 11 grudnia 2011

Świadectwo Słowa



Trzecia Niedziela Adwentu

(...) Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłany aby zaświadczyć o Światłości. (...)
Jan im tak odpowiedział: „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u sandała”. (por. J 1)
W czasach św. Jana Chrzciciela, wypowiadane słowo miało wielką moc.  Było bowiem ono bardzo konkretnie powiązane z ludzkim życiem. Dlatego oznajmiona przez Jana prawda dotycząca posłannictwa Jezusa, to zdecydowanie coś więcej, niż tylko słowny komunikat. Jan decydując się na danie słownego świadectwa o Mesjaszu, wiedział, że temu świadectwu musi podporządkować całe swoje życie i własnym życiem je poświadczyć.
Jan czyni tak nie z poczucia jakiejś wyjątkowości własnej osoby. Nie czuje się On prorokiem, ani nadzwyczajnym posłańcem.  Jego  świadectwo wypływa z poczucia wewnętrznej powinności. Jan sam spotkał Chrystusa i to spotkanie przynagliło go do zaświadczenia o Królestwie Bożym.
Świadectwo wypowiadane przez Jana Chrzciciela kierowane jest również dzisiaj do nas. Jednakże, czy to słowo przyjmiemy i poznamy „Tego, który pośród nas stoi”, zależy od nas samych. 
Powinniśmy jednak pamiętać, że przyjęcie i poznanie Słowa, zobowiązuje i powinno przynaglać nas do zaświadczenia o nim również całym naszym życiem
ks. Arkadiusz Lechowski

czwartek, 8 grudnia 2011


Artykuł został opublikowany na portalu Klubu Tygodnika Powszechnego: www.klubtygodnika.pl 


O istocie i potrzebie prowadzenia dialogu międzypokoleniowego z udziałem Kościoła, wydaje się, że przekonywać nikogo nie potrzeba. Wystarczy bowiem przejrzeć dokumenty soborowe lub wsłuchać się w głos błogosławionego Jana Pawła II. Jego dialogi z okna na Franciszkańskiej wrosły już do klasyki ulubionych cytatów medialnych. Natomiast wysiłek związany z przemierzaniem świata i prowadzeniem dialogu z młodymi w ramach Światowych Dni Młodzieży wydają się oczywistą wskazówką dla Kościoła. Warto jednak zadać pytanie: czy tę lekcję zadaną przez Papieża Polaka wystarczająco odrobiliśmy w polskim Kościele? Co powinniśmy uczynić, by wypełnić zadanie dialogu wypływające z przesłania Ewangelii?
Aby odpowiedzieć na pierwsze pytanie warto wysłuchać jakie odczucie prowadzonego przez Kościół dialogu mają ci, których ów dialog ma dotyczyć. Na potrzebę takiego oglądu przeprowadziłem krótką ankietę, którą rozesłałem drogą mailową do młodych osób czynnie zaangażowanych w życie Kościoła. Pomimo, iż jest to niewielki procent tych, z którymi ten dialog powinien być prowadzony, warto przyjrzeć się spostrzeżeniom tych młodych ludzi. Fakt świadomego doświadczenia Kościoła przez moich rozmówców sprawił, iż już na pierwszy rzut oka można było odczuć pewne ich zmieszanie. Trudno było im pojąć o jaki dialog chodzi? Z jakim Kościołem? Przecież oni na co dzień czują się członkami tego Kościoła. Dialog natomiast prowadzą pomiędzy sobą. Wśród przyjaciół, którzy do tego samego Kościoła należą. Natomiast kwestia możliwości prowadzenia dialogu z Kościołem hierarchicznym nie leży w ich centrum zainteresowania. Dzieje się tak nie z powodu ich obojętności, ale z braku osobistego doświadczenia takiego dialogu. Dla nich Kościół to przede wszystkim wspólnota.
Zastanawiające jest, że osoby ankietowane wskazały, iż w razie potrzeby były by wstanie znaleźć jakiegoś księdza, który mógłby ich wysłuchać. Przy czym najczęściej nie był by to katecheta, ani ksiądz pracujący w ich parafii. Z kilkudziesięciu ankietowanych, tylko zaledwie kilka osób przyznało, że znalazło miejsce we własnej parafii. Pozostali szukają w innych parafiach, środowiskach i duszpasterstwach. Nierzadko są to poszukiwania dość intensywne. Jedna z osób przyznała, że „znalezienie miejsca dialogu w Kościele zajęło jej szereg lat. Doszła przy tym do przekonania, że w parafiach, nie ma przestrzeni na dialog i są one co najwyżej „miejscem praktyk religijnych”.
Warto raz jeszcze podkreślić, że krytyczne spojrzenia moich rozmówców, którzy zauważają, że: „Kościół w ogóle nie podejmuje dialogu, daje natomiast tylko nakazy i wytyczne”, nie pochodzą od sympatyków Ruchu Palikota, ale od osób mocno z tym Kościołem związanych. Owszem, ich zaangażowanie w życie Kościoła pokazuje, że dialog we wspólnocie jest możliwy i na jakimś szczeblu się odbywa. Prawdą jest również, że wielu młodych, tych do których z pytaniami nie dotarłem, podchodzi do Kościoła z całkowitą obojętnością. Nie interesuje ich dialog, gdyż sami nie chcą słuchać. Ale również często ci sami młodzi ludzie, odrzucający przesłanie Kościoła, odczuwają olbrzymią potrzebę bycia wysłuchanymi. Pomimo własnych oporów względem Kościoła, czują się jak owce niemające pasterza, gdyż wciąż brakuje przestrzeni, aby mogli być zauważeni i usłyszani przez Kościół. A przecież wysłuchanie tych młodych ludzi, wcale nie musi być przyznaniem im racji. Z pewnością jest jednak niezbędne aby w ogóle ich zrozumieć i rozpocząć jakikolwiek dialog.
To niezrozumienie młodego pokolenia tworzy przeróżne absurdalne pomysły duszpasterskie, które nijak mają się do potrzeb i rzeczywistości. Pamiętam jak niedawno opowiadano mi o podjętej decyzji dotyczącej rozbudowy jednego z kościołów. Stało się to na prośbę miejscowego biskupa, który tłumaczył to dobrem parafian, gdyż wokół świątyni powstało nowe osiedle. Mój rozmówca zauważył jednak, że owszem osiedle powstało, ale ludzi w kościele nie przybyło. Jest to osiedle zamieszkałe, przez młode małżeństwa. Borykające się w codziennym zabieganiu nie tylko z trudnościami utrzymania domu, ale również z niełatwym zadaniem wychowania swoich małych dzieci. Pomysł utworzenia parafialnego przedszkola został jednak odrzucony, gdyż trzeba przecież rozbudować świątynię. Wciąż pozostaje jednak pytanie dla kogo?
Wielu młodych ludzi podkreśla, że swoją świadomą obecność w Kościele, rozpoczeli poprzez udział w organizowanych spotkaniach typu: Lednica, Taize, czy Światowe Dni Młodzieży. Potwierdza to ks. bp Andrzej Czaja mówiąc, że tegoroczne Światowe Dni Młodzieży, które odbyły się w Madrycie, „były szczególnym czasem korzystania z powszechnie danego nam chrześcijanom charyzmatu budowania wspólnoty wierzących”.* Natomiast ks. bp Krzysztof Nitkiewicz wyraził przekonanie, że „ci młodzi, którzy byli w Madrycie będą dobrym zaczynem” parafialnych duszpasterstw młodzieży. Pozostaje mieć nadzieję, że w swoich parafiach odnajdą oni przestrzeń do wspólnotowego pogłębiania wiary.
Ciesząc się z wielu owoców tegorocznych Światowych Dni Młodzieży, niektórzy jednak zauważają również, pewne dziwne zjawisko, dotyczące zaangażowania się w tego typu spotkania Kościoła hierarchicznego. Chociaż polska młodzież stanowi jedną z najliczniejszych grup uczestniczących w Światowych Dniach Młodzieży, to polscy biskupi pozostają tam niemal niezauważeni. Jak bowiem zestawić 14 przedstawicieli polskiego episkopatu z ponad 70 biskupami francuskimi? O biskupach niemieckich i włoskich już nie wspominając. Oczywiście nie chodzi tylko o samo formalne uczestnictwo w spotkaniu, ale również o formę „bycia z młodymi”. Przyznam, że dość pouczającym doświadczeniem było dla mnie spostrzeżenie jak moi młodzi towarzysze entuzjastycznie reagowali na biskupów francuskich, którzy razem z nimi jedli obiad w formie pikniku. Natomiast o śpiących na salach gimnastycznych biskupach niemieckich zaczęły krążyć plotki, że są pewnie jakimiś „przebierańcami”. Bo jakże biskup może spać na karimacie? A jakoś widać, że mógł. Paradoksalnie wcale autorytetu mu to nie pomniejszyło, a wręcz przeciwnie, dopiero wówczas stawał się dla tych młodych, bardziej wiarygodnym świadkiem Ewangelii. Oczywiście nie wymagam od naszych hierarchów spania na podłodze, ani brania kąpieli w zimnej wodzie, aczkolwiek dobrze by było, gdyby na tego typu spotkaniach byli bardziej uchwytni, bo wówczas mogą się łatwiej wsłuchać w głos tych młodych pielgrzymów.
Ta obecność biskupów wśród młodych wydaje się niezbędna. Komunikowanie się za pomocą niezrozumiałych listów pasterskich budzi co najwyżej obojętne wzruszenie ramion. Urządzane natomiast bizantyjskie celebry, przypominające występy bractwa kurkowego pochody w kanonickich i prałackich szatach, trącą zwykłą komedią i oderwaniem od rzeczywistości. Żeby prowadzić z kimś dialog, to trzeba kogoś poznać. wsłuchać się w jego problemy i bolączki. Tradycyjnie rozdawane przez biskupów kolorowe obrazki, choćby były z wizerunkiem samego bł. Jana Pawła II, nie są wstanie zastąpić prawdziwego spotkania i szczerej rozmowy.
Myślę, że wśród księży i biskupów wciąż funkcjonuje stereotyp, że ci młodzi, których nie widać w kościele, kiedyś na starość do niego powrócą. Otóż jeśli nie doświadczą obecności Chrystusa i wspólnoty w Kościele -nie powrócą. Będą szukali własnych dróg i pomysłów na jesień swojego życia. To my dzisiaj, budujemy przyszłość Kościoła i to co dzisiaj zasiejemy inni będą zbierali w przyszłości. Jeśli nie wsłuchamy się w głos młodych. Jeśli nie zrozumiemy ich problemów, próżno szukać nie tylko dialogu, ale również niemożliwym jest zbudowanie autentycznej wspólnoty ludzi wierzących, czyli Kościoła.
* Wypowiedzi ks. bp A. Czaji i ks. bp. K. Nitkiewicza pochodzą z wywiadów udzielonych dla Radia Watykańskiego

Artykuł został opublikowany na portalu Klubu Tygodnika Powszechnego: www.klubtygodnika.pl 

W ramach tematu: „Kościół: wspólnota bez dialogu?” 
polecamy następujące artykuły:


poniedziałek, 5 grudnia 2011

Kościół – wspólnota bez dialogu?


Tekst pochodzi z portalu Klubu Tygodnika Powszechnego:  www.klubtygodnika.pl
Ostatnimi czasy dialog w Kościele kojarzył nam się głównie z ekumenizmem, czy otwartością na inne religie tudzież niewierzących. I choć byli w Kościele i ci, którzy zwracali uwagę na problemy z dialogiem wewnątrz wspólnoty, to jednak dopiero ostatnie wydarzenia przyczyniły się do pewnego otrzeźwienia.
Także kluby „Tygodnika Powszechnego” postanowiły przybliżyć się do wspomnianego tematu stawiając, podczas spotkań klubowych, szereg pytań związanych z umiejętnością prowadzenia rozmowy wewnątrz wspólnoty Kościoła. Owocem tych działań, obok kolejnych, zaplanowanych spotkań, jest niniejsza publikacja.
Przede wszystkim uwagę należy zwrócić na wywiad z abp. Henrykiem Muszyńskim – człowiekiem, w którego życiu dialog praktycznie od zawsze zajmował kluczowe miejsce. Prymas Senior opowiada w rozmowie o własnych zmaganiach z dialogiem i, korzystając z własnego doświadczenia oraz licznych dokumentów kościelnych, tłumaczy jak ten dialog wyglądać powinien. Odnosi się również krytycznie do sposobu w jaki potraktowany przez swoich przełożonych został ks. Adam Boniecki.
Zachęcamy do lektury ankiety, w której o potrzebie dialogu w Kościele wypowiadają się młodzi ludzie. Zadaliśmy im następujące pytanie: „Czy odczuwasz potrzebę dialogu w Kościele i czy Kościół potrafi ją zaspokoić?”. Ich oceny czasem bywają srogie, ale też nie brakuje w ich głosach nadziei: „Wierzę, że głos nawet tych najmniejszych, w tym i mój, i wszystkich innych członków Kościoła, jest potrzebny we wspólnym, katolickim poszukiwaniu Prawdy”. To tylko jeden z przykładów. Z wnioskami wyciągniętymi z ankiety przez równie młodą redaktorkę naszego portalu zapoznać można się tutaj. Polecamy też artykuł ks. Arkadiusza Lechowskiego, który podjął kwestię młodzieży z nieco innej perspektywy.
W czasach problemów z dialogiem interesującym przykładem prowadzenia polemiki na łonie Kościoła są listy bp. Karola Wojtyły i Jerzego Turowicza. Nawiązuje do nich dr Paweł Stachowiak, który przeanalizował wnikliwie owe listy i przywołuje jako przykład jedną z polemik z lat 60., która narodziła się pomiędzy biskupem krakowskim a redaktorem „Tygodnika Powszechnego”.
Abp Muszyński w udzielonym nam wywiadzie wielokrotnie powołuje się na kilka kluczowych dokumentów kościelnych, które, jak sam stwierdza, wystarczy tylko wprowadzić w życie. Próbę analizy ich przydatności podejmuje Łukasz Dulęba w tekście „Dialog to nie dialogolatria”. Natomiast o Kościele swoich marzeń i wymaganiach, jakie powinniśmy wszyscy wobec siebie stawiać pisze Hubert Rabiega. Do stawiania na dialog zachęca nas też ks. prof. Andrzej Perzyński.
Serdecznie zapraszamy więc Państwa do lektury. Mamy nadzieję, że nasza publikacja przyczyni się do pogłębienia i rozwoju dialogu, nie tylko wewnątrz Kościoła.

W ramach tematu: „Kościół: wspólnota bez dialogu?” polecamy następujące artykuły:

sobota, 3 grudnia 2011

Przyjdź Panie!




Druga Niedziela Adwentu
Głos wołającego na pustyni: „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”.  Wystąpił Jan Chrzciciel [...]  i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. [...] 
I tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyka u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. (por. Mk 1, 1-8)
Jan Chrzciciel wzywa nas, byśmy zrobili wszystko, aby przyspieszyć nadejście Pana. Mamy przygotować Jemu drogę naszego życia. Wyprostować wszystkie jej zawiłości i wyrównać wszelkie wyboje. Po to, aby Pan mógł nadejść!
W tym Janowym wezwaniu możemy odczuć nutę grozy. Może ono nawet budzić lęk czy niechęć. Jej źródłem jest nie tylko groza zagłady świata na końcu świata, ale również nasz obraz Boga. Boimy się przecież, że  Sędzia wzywając nas do nawrócenia, mógłby rozliczyć nas z dotychczasowych poczynań, jak również zabrać wiele doczesnych radości.
Kluczem do zrozumienia tego prorockiego wezwania, jest niewątpliwie, uświadomienie sobie nie tyle Bożej potęgi, co naszej ludzkiej niedoli. Naszych trudów, zmagań, upadków, słabości i nieszczęść. Niepowodzeń tych materialnych jak i duchowych. Dopiero wówczas bowiem będziemy  mogli zapragnąć autentycznego wybawiciela. Pana który wydrze nas z naszej codziennej niedoli. On bowiem jest Dobrym Pasterzem, który „jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie”. (Iz 40, 11) 
Dopiero kiedy prawdziwie rozpoznamy dobroć Pana będziemy mogli z pokojem serca patrzeć na czasy ostateczne, kiedy nastanie „nowa ziemia i nowe niebo” (2 P 3, 13). I z radością zawołamy Marana tha! 
ks. Arkadiusz Lechowski

sobota, 26 listopada 2011

Ewangeliarz Niedzielny: Nie próżnujcie! Czuwajcie!:


Pierwsza Niedziela Adwentu
Wraz z nastaniem adwentu zostajemy wezwani do czuwania. „Mamy czuwać, bo nie wiemy kiedy pan domu przybędzie” (Mk 13,35). Adwent jest sztuką radosnego oczekiwania, nie tylko na czas świąt Bożego Narodzenia, ale przede wszystkim na czas ostatecznego przyjścia Chrystusa. Czyli na koniec doczesnego świata. /czytaj całość.../

sobota, 19 listopada 2011

Królestwo Boga

UROCZYSTOŚĆ JEZUSA CHRYSTUSA, KRÓLA WSZECHŚWIATA


Ez 34,11–12.15–17 Ps 23 1 Kor 15,20–26.28 Mt 25,31–46

Ostatnia niedziela roku liturgicznego przypomina nam o prawdzie panowania Jezusa Chrystusa, który jest Królem Wszechświata.

Nasza ludzka pokusa władzy i panowania, sprawia, że łatwo przenosimy na „obraz Boga”, nasze osobiste wyobrażenia dworskiego splendoru i ziemskich potęg. Są również pewnie tacy, którzy chcieli by obrać Jezusa z Nazaretu, na jakiegoś „superprezydenta”. Wówczas ten król i władca mógłby się w końcu rozprawić z tymi, z którymi się nie zgadzamy i których nie lubimy. Wszak oni są przecież po tej przeciwnej „lewej stronie”.

Skupiając się na takim panowaniu Sędziego zapominamy, że Jego panowanie, przekracza naszą doczesność (por. 1Kor 15, 20-26). „Jego królestwo nie jest bowiem z tego świata” (J 18,33). Natomiast na tym świecie ów Król, skupia się nie tyle na każących sądach, co na poszukiwaniu każdej zaginionej owcy. (por. Ez 34, 11-12. 15-17).

Chrystus jest Królem nie dlatego, że na moc sądu i kary. Ani tym bardziej dlatego, że my go sadzamy na tronie, czy wkładamy mu na głowę złotą koronę. On jest królem po prostu... bo jest. Bo Jest, który Jest. Bo on jest Panem, życia i śmierci, a jego majestat wcale nie objawia się w dworskim splendorze i politycznej skuteczności, ale w tym „z najmniejszych braci”. Tym, który jest w więźniem, głodnym, nagim, czy chorym...

Jego Królestwo przychodzi inaczej niż byśmy się tego spodziewali...

----------------------
niezalogowanych zapraszam do dyskusji i komentarzy na facebooku: www.facebook.com/arkadiusz.lechowski

piątek, 11 marca 2011

Popielec za nami… Post czas zacząć!

Komentarz na początek wielkiego postu:

Jl 2,12-18 Ps 51 2 Kor 5,20-6,3 Mt 6,1-6.16-18

Kiedy patrzymy na wypełnione po brzegi kościoły w środę popielcową, warto zastanowić się nad tym fenomenem ludzkiej natury, która choćby podświadomie pragnie nawrócenia własnego serca. Wszak ani to uroczystość obowiązkowa, ani radosna. A jednak czujemy, że w tym dniu nie powinno nas zabraknąć we wspólnocie Kościoła.

Może się jednak zdarzyć, że tak jak ten dzień Środy Popielcowej, dość gwałtownie przełamał czas karnawału, tak też i my będziemy się starali równie skutecznie przełamać ów czas skruchy. Wszak wydaje się, że: „przed nami jeszcze 40 dni postu”. „Jeszcze nawrócić się zdążymy”. Ponadto bez trudu znajdziemy własne wytłumaczenie: chrześcijaństwo nie jest przecież religią jakiegoś smutku, tylko radości. Wszak sam Chrystus, w Ewangelii czytanej w Środę Popielcową, przypomina nam, abyśmy nie byli smutni i posępni, a w czasie postu „namaścili głowę olejkiem i umyli twarz”. (Mt.6)

Subiektywna siła powyższego argumentu nie ustaje nawet, jeśli zdrowy rozsądek podpowiada nam, że Chrystus nie odwodzi nas ani od postu, ani od jałmużny, a już tym bardziej od modlitwy. Ewangelista zakłada nawet, iż te praktyki są czymś całkowicie naturalnym. Problem natomiast dotyczy, jedynie formy ich przeżywania.

Prawdą jest, iż chrześcijaństwo nie jest religią smutku, a radości. W jego centrum nie stoi smutek grzechu a radość odkupienia. Warto się jednak zastanowić, na czym ta chrześcijańska radość polega, oraz w jaki sposób powinniśmy przeżywać nasze praktyki wielkopostnej pokuty.

W celu odkrycia głębi czterdziestodniowego postu, warto odnieść do tego czasu słowa św. Pawła: „oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia” (2Kor 5). Jest to czas, do którego tęsknimy. Czas „błogosławiony”, czyli szczęśliwy. Jakże jednak odczuć szczęście, w chwili czynienia pokuty i odkrywania bólu własnego grzechu? Jak być szczęśliwym w czasie wyrzeczenia? Chrześcijaństwo przecież nie jest religią smutku tylko radości.

Jest chyba jednak smutek, który prowadzi do przekleństwa i smutek, który prowadzi do błogosławieństwa. Jest ból, który popycha nas w otchłań rozpaczy i ból, który otwiera bramy nadziei. Wcale nie jest łatwo odróżnić jeden od drugiego. Ja natomiast daleki jestem od próby jakiejkolwiek gloryfikacji cierpienia.

„Rozdzierajcie wasze serca nie szaty” (Jl 2). Rozdarcie serca pod wpływem dostrzeżenia własnego grzechu, również zakłada w sobie cierpienie. Nie możemy rozedrzeć, własnego serca bez bólu. Być może to strach przed tym cierpieniem sprawia, że niechętnie stajemy w prawdzie naszego grzechu. Wolelibyśmy ukryć naszą nieprawość bardzo głęboko. Tak by nie rozdzierać ran zabliźnionych. Zapomnieć. Wyprzeć. Przecież teraz już chcemy dobrze żyć i unikać grzechu. Po co zatem sięgać do czasu minionego? Może wystarczyłoby tylko symbolicznie rozedrzeć nasze szaty i posypać głowę popiołem?

Grzech nie jest jednak czymś, co dałoby się zasypać popiołem. Grzech wyparty, zlekceważony wciąż powraca. On nie przestaje działać i wciąż ma wpływ na nasze życie. Grzech nie jest również naszą sprawą prywatną. Wszystko, co złego przytrafia się światu jest częściowo z naszego powodu.[1] Zatem paradoksalnie my jesteśmy współwinni temu, za co oskarżamy innych, a nawet samego Boga. Jeśli Merton Łączy swój grzech z tragedią hitleryzmu, to czy nasz grzech nie powinniśmy ująć w kontekście wydarzeń dzisiejszego świata? Czy nie jesteśmy winni patologiom obecnym w naszym sąsiedztwie, niesprawiedliwości społecznej, bardziej lub mniej spektakularnym zbrodniom? Czy nie nosimy współwiny za sytuacje w Libii? A może nasz grzech jest również zaplątany w katastrofę trzęsienia ziemi w Japonii? Oczywiście łatwo możemy stwierdzić, że jest w takim twierdzeniu jakaś przesada. Przecież brakuje widocznego związku pomiędzy nami, a przyrodą w Japonii. My jesteśmy od tych wszystkich wydarzeń daleko. Nie zawsze możemy przecież cokolwiek zrobić.

Tylko, że ścisłego związku również ciężko było się dopatrzeć pomiędzy rozpustnym życiem Mertona, a tragedią holokaustu. On jednak widział głębiej i dalej. Wiedział, że „nikt nie jest samotną wyspą”.

Trzeba nam się obudzić z letargu błogiego spokoju i pozorów czystego sumienia. Może właśnie przez te 40 dni Wielkiego Postu, powinniśmy prosić Boga o łaskę poznania grzechu. Po to, aby rozedrzeć nasze serca, by zaprosić do naszego grzechu Chrystusa. Tylko On może uzdrowić, nasz grzech. Zaleczyć rany i powstrzymać „tsunami” naszej nieprawości. Wówczas będzie to czas uleczenia i błogosławieństwa. Zresztą błogosławieństwo nie tylko dla nas, bo przecież „nikt nie jest samotną wyspą.

Uważajmy, by nie zatrzymać się na rozdarciu szat i posypaniu głowy popiołem. Chociaż może to być ważny gest rozpoczęcia pielgrzymiej drogi pokuty, to nie może on stać się pustym rytuałem, po którym bardziej lub mniej zadowoleni z siebie przejdziemy do porządku dziennego. Albo, co gorsza tak go zabsolutyzujemy, że bliżej nam będzie do faryzejskiej obłudy, niż ewangelicznego nawrócenia. Wówczas chętnie rzucimy oskarżenia na innych i rozedrzemy cudze serca, nie zważając na niczyi ból. Tylko, że ów ból kolejnych oskarżeń nie jest tym oczyszczającym, a jedynie jeszcze bardziej nakręcającym spiralę zła.

„Teraz jest czas upragniony”. On się nie skończył, a dopiero zaczął „Popielcem”. Jeszcze trochę czasu przed nami. Nie zmarnujmy go. Prośmy o poznanie grzechu, choć jest to domena mistyków, pokroju Mertona. Ale czy i my nie zostaliśmy przeznaczeni do świętości? Do szczęścia i radości ewangelicznego pokoju. Radości, którą może nam dać jedynie uzdrawiająca moc Bożego Miłosierdzia.

niezalogowanych zapraszam do dyskusji i konmentarzy na facebooku:www.facebook.com/arkadiusz.lechowski



[1] Prawdę tę odkrywa również Tomasz Merton w swojej biograficznej powieści „Mój spór z gestapo”. Pisząc o tym w kontekście grzechu własnego i tragedii II Wojny Światowej. Por.: T. Merton, Mój spór z gestapo. Dziennik makaroniczny, Poznań 1995r., s.: 25-26.