Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adwent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adwent. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 grudnia 2010

Nasze ludzkie usprawiedliwienia

II Niedziela Adwentu


A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im:

‹‹Plemię żmijowe, kto wam pokazał jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie, więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie sobie, że możecie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi (…) Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.

Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz ten, który idzie za mną mocniejszy jest ode mnie; (…) On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem.››

Mt. 3



Iz 11,1–10 Ps 72 Rz 15,4–9 Mt 3,1–12

Jan nie przebiera w słowach, nie stara się używać „dyplomacji”, „półprawd”, czy „tanich zachęt”. Ostro nawołuje nas wszystkich do nawrócenia. Wszystkich, czyli również Ciebie i mnie. Ten głos wołającego na pustyni ma w sobie coś uniwersalnego, gdyż pustynia naszych serc jest nieprzemijająca.

Może właśnie dzisiaj rzeczą dla nas najważniejszą jest dostrzec tę pustynie w nas samych, bowiem w przeciwnym razie będziemy przekonani, że słowa Proroka kierowane są tylko do nich: wszystkich, którzy wydają się nam odmieni i niedoskonali. Do nich, czyli do Żydów faryzeuszów uczonych w piśmie. Do tych wszystkich obłudników, lewaków, dewotów, i …-tutaj wielu można by wymieniać: teściową, żonę, męża, szefa w pracy czy nieuczciwego pracownika. Księdza, polityka (z jednej i drugiej opcji), nieobiektywnego dziennikarza, leniwego robotnika, czy „krwiopijczego” pracodawcę. W tych „onych” zmieszczą się wszyscy, których nie lubimy i z którymi się nie zgadzamy.

Niewątpliwie św. Jan na tyle znał ludzką naturę, że był świadomy jej zakłamania. Wiedział jak bardzo może być niedostępne ludzkie serce. Znał bogaty wachlarz samousprawiedliwień, którymi każdy z nas dysponuje w obfitości. Dlatego przestrzega nas: ‹‹nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”››. Faryzeusze i saduceusze byli przekonani o swojej wyjątkowości dzięki własnemu pochodzeniu, dzięki poczuciu bycia „narodem wybranym”. Oni byli pewni, że są lepsi od „innych” trwających w błędzie i kłamstwie. Oni posiadali „prawdę” i „racje”. Ich przepustką do „raju” było ich pochodzenie, dzięki, któremu mogli czuć się lepszymi od całego świata.

Myślę, że każdy z nas powinien zadać sobie pytanie, co jest moją zasłoną przed dostrzeżeniem własnego grzechu i nędzy? W jaki sposób próbuje kreować mniemanie własnej wielkości w celu ukierunkowania wezwania do nawrócenia w stronę innych?

Poczucie „posiadania Abrahama za ojca” może skrywać się pod bardzo różnymi płaszczami. Człowiek może przecież być przekonanym, że jego „usprawiedliwieniem” może stać się poczucie przynależności do Kościoła Katolickiego, jak również poczucie, że z tym „obłudnym” Kościołem nie ma się nic do czynienia. Można mniemać, że skoro zostałem ochrzczony przyjąłem kiedyś jakieś sakramenty to sprawa załatwiona i mogę spać spokojnie –przecież nawet raz w roku się spowiadam i od czasu do czasu chodzę na niedzielną Msze Świętą. Oczywiście, że nie w każdą niedzielę gdyż nie jestem dewotą i czuję się lepszy od tych wszystkich biegających do świątyni, bo co z tego, że „biegną na Msze a potem żonę biją?”. A może czuję się lepszy, bo właśnie chodzę, co niedzielę do kościoła a nie jestem tak okropny jak ci wszyscy „wierzący a niepraktykujący”.

Łatwo jest zbudować samousprawiedliwienie i poczucie bycia lepszym a wówczas innych nawoływać do nawrócenia, ale Jan budzi nas z tego letargu i zapowiada konieczność oczyszczenia w ogniu.

Często ten ogień dotyka naszej duszy, a że jest on bolesny próbujemy jeszcze bardziej zbudować bezpieczne poczucie bycia lepszym od całego tego złego świata. Bóg zsyła na nas przeciwności, odczucie słabości, dopuszcza cierpienie a nawet zezwala na nasze depresje. Paradoksalnie nasze ludzkie „wypalenie”, poczucie niedoskonałości i grzechu może stać się dla nas wybawieniem. Bo dopiero kiedy siebie poznamy takimi, jakimi jesteśmy, kiedy doznamy własnej małości i słabości, wówczas pozostanie nam już tylko Chrystus, i wiemy, że tylko na Niego możemy liczyć, a nie na to że „mamy Abrahama za ojca…”

sobota, 27 listopada 2010

"Czuwać" czy "oczekiwać"?

I niedziela Adwentu, rok A

Iz 2, 1-5; Rz 13, 11-14; Mt 24, 37-44

„Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej na przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swojego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” Mt.24

Fenomen postawy „czuwania”, zakłada w sobie również zjawisko „oczekiwania”. Prawdą jest oczywiście, że ktoś może „oczekiwać” i kompletnie nic nie mieć wspólnego z postawą „czuwania”, ale czy możemy prawdziwie „czuwać” i równocześnie „nie oczekiwać”? Nie jeden uważny czytelnik tekstu dzisiejszej Ewangelii mógłby słusznie dostrzec wręcz zagrożenie już w samym łączeniu, a co dopiero uzależnianiu od siebie tych dwóch podobnie brzmiących pojęć. Można bowiem założyć, że ewangeliczne „czuwanie” na przyjście Chrystusa powinno być pozbawione naszych „oczekiwań” i wyobrażeń. Oczywiście sam dwoma rękoma podpisał bym się pod promocją takiej chrześcijańskiej postawy, ale czy dojście do takiego ideału „czuwania”, może odbyć się bez wzięcia pod uwagę naszych ludzkich „oczekiwań”?

Jest coś niezwykłego, że człowiek zawsze nastawiony jest na jakieś „oczekiwanie”, czyli własne pragnienia i nadzieje. Nawet wówczas kiedy zaczyna żyć chwilą, próbując zagłuszyć w gąszczu i huku codziennych rozrywek własne wnętrze i niespełnienie, nawet wtedy gdy zrezygnowany z głębi własnej depresji wyrzuca, że „nie ma już Nadziei” i „sensu nie widzi”. A może właśnie w tych sytuacjach jeszcze bardziej, mamy do czynienia z wykrzyczeniem ,choć często niewerbalnym, własnych pragnień i oczekiwań?

Każdy na coś „czeka”, choć prawdą jest nie każdy „czuwa”. Postawa „czuwania” jest postawą gotowości na to co nie znane. Gospodarz nie wiedział czy, jaki i kiedy przyjdzie „złodziej”, nie wiedział również czy kiedy i jaki w jego progi może zawitać „wędrowiec”, dlatego powinien „czuwać” i być gotowym urządzić takie przygotowanie na jakie ów „jegomość” zasługuje.

Pozostaje jednak pytanie czy możemy być „gotowymi” na to czego nie znamy, nie znając naszych rzeczywistych „oczekiwań”? Naszych pragnień i nadziei? Wszak gdyby gospodarz wiedział jak wielkie pragnienie snu posiada i skąd owa senność się bierze, gdyby znał powody swojej lekkomyślności w obliczu nadchodzącego niebezpieczeństwa, to czyż przynajmniej nie wystawił by straży u progu swego domu?

Powiązanie naszych „oczekiwań” z nieumiejętnością „czuwania” okazuje się silniejsze niż by na pierwszy rzut oka się wydawało. Powinniśmy zatem odważnie zadać sobie pytanie: jakie są moje „oczekiwania”?, jakie są moje troski pragnienia i nadzieje? Oczywiście nie chodzi o wytworzenie „pobożnościowo poprawnych” idei, ale o odkrycie rzeczywistych moich celów i dążeń. Wydobycie na światło dzienne tego co skrywa nasze serce, nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Wszak jest w naszych pragnieniach wiele małostkowości i próżności. Również w tym co kieruje nas ku wielkim aktom zewnętrznej „nabożności” i „bezgrzeszności” może być nasza pycha i próżność „samozachwytu”.

Zatem „nadeszła godzina przebudzenia ze snu”, nie tylko po to by wydobyć się z letargu naszych pozornych pobożności, ale przede wszystkim by wyjść z ciemności nocy. Aby móc całą naszą małość oświetlić światłem dnia. To co jest na dnie naszego serca trzeba wydobyć, unieść i skierować w stronę światła. Wówczas w jego blasku będziemy mogli rozpoznać samych siebie.

Myślę, że Chrystus nawet nie oczekuje od nas by w naszym sercu zapanowała całkowita idealność jakiejś formy „bezgrzeszności” . Chrystus chce jednak byśmy to serce znali, byśmy znali nasze pragnienia, byśmy wiedzieli co przeszkadza nam w prawdziwym „czuwaniu” i przyjęciu Go takim jakim przychodzi. Jeśli poznamy siły kierujące naszymi dążeniami, będziemy mogli wystawić straże przed nadchodzącym „złodziejem” i wysłać orszak powitalny do przybywającego „wędrowca”. „Przyobleczmy się zatem w zbroję światła” i „żyjmy jak w jasny dzień”, usuwając wszystko co zagłusza nam poznanie siebie i uniemożliwia przybranie adwentowej postawy „czuwania”.

Nie wiem ile w tym rozpoczęciu przeze mnie pisania refleksji niedzielnych jest własnej pychy i skrytej zarozumiałości, a ile pragnienia niesienia światła Ewangelii. Serce mi podpowiada, że choć zawsze jedno z drugim się we mnie miesza to głoszenie Słowa ma tutaj swój zdecydowany priorytet i „biada mi gdybym nie głosił…” Ufam że to co ode mnie pochodzi Chrystus oświetli i oczyści, może posługując się również, mój „rozmówco”, Tobą i twym krytycznym, choć ufam, że życzliwym komentarzem.