Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ewangelia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ewangelia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 grudnia 2011

Być sługą wolności


Czwarta Niedziela Adwentu
(...) anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. (...)
Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa”. Wtedy odszedł od Niej anioł. (por.Łk 1, 26nn)
Maryja wyrażając swoją zgodę, na wypełnienie się Słowa Pana, nazywa siebie służebnicą. Określenie to nie jest jakimś teoretycznym i grzecznościowym zwrotem. Maryja prawdziwie wyraża swoją wolę całkowitego przynależenia do Boga i staje się Jego niewolnicą. Ta postawa powinna stać się jednoznacznym wskazaniem drogi naszego postępowania. Nie można bowiem prawdziwie przyjąć Słowa Bożego, nie będąc na jego usługach.
Mylił by się jednak ten, kto by sądził, że chrześcijaństwo jest religią niewolników. Wręcz przeciwnie. To do wolności wyswobodził nas Chrystus i chce byśmy wolnymi pozostali. Z szacunku do naszej wolności, Bóg nigdy jej nie narusza. Szanuje ją nawet wówczas kiedy przychodzi do nas z wyzwoleniem. Chce byśmy świadomie zgodzili się na przyjęcie Jego daru. Dlatego musimy stać się Jego sługami -”niewolnikami wolności”. 
Chrystus przypomina nam, że wymiar bycia sługą rozgrywa się również w relacjach międzyludzkich. On jako Król i Mesjasz, sam „przyszedł na świat nie po to aby mu służono, lecz aby samemu służyć”. Tylko bowiem Stając się autentycznym „sługą Boga”, możemy cieszyć się prawdziwą wolnością. 
Służba jest zatem, naszym chrześcijańskim obowiązkiem. Powinniśmy każdego dnia zadawać sobie pytanie komu służymy?  Bogu, czy też sobie, własnym ambicjom i ideologiom? Czy naszą postawą służby prawdziwie wskazujemy na Chrystusa, czy też swoją próżnością zasłaniamy  Jego rzeczywisty majestat?
Z oczywistych przyczyn, pytanie to w sposób szczególny powinno zabrzmieć w naszej wspólnocie Kościoła. Winniśmy siebie pytać, czy inni rozpoznają w nas „sługi”, czy tych, którzy domagają się aby im służono? 
Czy jesteśmy prawdziwie wolni, czy wolność innych ograniczamy?
ks. Arkadiusz Lechowski

sobota, 5 marca 2011

Trzeciej drogi nie ma

komentarz niedzielny

Pwt 11,18.26–28 Ps 31 Rz 3,21–25a.28 Mt 7,21–27

Ustami Mojżesza Bóg przypomina nam o możliwości naszego wyboru. Możemy wybrać „błogosławieństwo”, albo „przekleństwo” (por. Pwt 11). Wybór jest bardzo konkretny: albo jedno albo drugie. Trzeciej drogi nie ma

Patrząc na rzeczywistość, jak i na naszą ludzką naturę, wydaje się, że mało, kiedy człowiek tego wyboru dokonuje w pełni świadomie. Któż o zdrowych zmysłach wybrałby dla siebie „przekleństwo”? Owszem może znalazłby się taki, który zrezygnowałby z owego „błogosławieństwa”, ale ściągnąć na siebie, z własnej woli i wyboru przekleństwo? To zrezygnowanie z „błogosławieństwa”, także bliższe jest niewiedzy i naszej ludzkiej naiwności niż świadomej decyzji. Bóg, bowiem chce nam dać „błogosławieństwo”, czyli nic innego jak „szczęście”, a ze szczęścia już tak łatwo rezygnować nie chcemy. Naiwność nasza polega na tym, że wydaje nam się, iż szczęście możemy zbudować sobie obok tego ewangelicznego błogosławieństwa. Tak po swojemu. Inaczej niż w prawie, łatwiej, lżej, przyjemniej. A wybór jest przecież pomiędzy: albo jednym, albo drugim, „błogosławieństwem”, lub „przekleństwem”. Trzeciej drogi nie ma.

Chrystus uwidacznia dramat naszych wyborów przedstawiając nam dwie ludzkie postawy. Tych, którzy „Słowa słuchają i wypełniają” i tych, którzy „Słowa słuchają i nie wypełniają”(Mt 7). Można było by zapytać, gdzie są Ci, którzy Słowa nie usłyszeli? Czyżby oni byli usprawiedliwieni? Wszak przecież nie byli w stanie wypełnić czegoś, o czym nie mieli pojęcia? Chociaż tok tych rozważań dotyczący tej grupy ludzi nie wydaje się nie zasadny, to jednak chyba trzeba te myśli zostawić na boku. Wszak one nas nie dotyczą. W XXI w, w środku europy, w epoce nie tylko druku, ale również Internetu, nie sposób mówić o niezawinionej niewiedzy. Każdy choćby przy odrobinie chęci, nawet nie uznając Chrystusa za Syna Bożego, musiał słyszeć o jego Ewangelii. Każdy przy odrobinie dobrej woli z łatwością może poznać podstawy Jego przesłania. Każdy posługujący się własnym rozumem i inteligencją, może rozpoznać prawo moralne i je wypełniać. Zatem niełatwo było by całkowicie usprawiedliwić własną niewiedzę.

Ci, którzy „Słuchają Słowa Bożego, a nie wypełniają go, podobni są do ludzi, którzy dom swój budują na piasku”(Mt 7). To ludzie, którzy chcieliby zbudować własną „trzecią drogę”. Uznają nawet słuszność moralnego przekazu Ewangelii. Jednak próbują budować szczęście łatwiej, wygodniej, taniej. Już nie na skale, którą jest Chrystus, ale na sobie. Na własnych siłach i pomyśle. Starają się wdrażać „prywatną wizje raju”. Dramat polega na tym, że takiego szczęścia, takiej trzeciej drogi nie ma. Wybieramy, albo „błogosławieństwo”, albo „przekleństwo”. Oczywistym jest, że nieszczęście przekleństwa jest wybierane nie do końca świadomie. Bo przecież pragniemy szczęścia. Podejmujemy wysiłek „budowy domu” tylko, że na kiepskim fundamencie i dlatego „upadek jego jest nie uchronny”.

Chrystus przestrzega nas, że do tych śmiałych budowniczych „na piasku” nie należą jedynie Ci, którzy świadomie rezygnują z wypełniania trudnych Słów Ewangelii, ale również Ci, którzy wołają do niego „Panie Panie”. A nawet tacy, którzy „prorokują i wyrzucają złe duchy mocą Jego imienia”.

Zatem niebezpieczeństwo dotyczy również nas, którzy przyjęliśmy Chrystusa. Należymy do Jego Kościoła. Żarliwie działamy w Jego imię. A nawet w to imię przemawiamy i Jego mocą czynimy cuda. Może się, bowiem zdarzyć, że w działaniu religijnym bardziej szukamy wizji i woli własnej, niż Bożej. Tak łatwo przecież pomylić biblijne „błogosławieństwo” z własną wygodą i prywatną wizją raju.

Można zadać pytanie: któż, zatem zdoła osiągnąć królestwo niebieskie? Jak „zbudować dom na skale”, skoro pod naszymi nogami wciąż tyle miałkiego piasku, wszak „wszyscy zgrzeszyliśmy” (Rz 3). Potrzebna jest nam wiara, która przyniesie nam usprawiedliwienie (Rz 3). Budujmy naszą wiarę, która jest ufnością, że dostąpimy usprawiedliwienia za darmo, poprzez łaskę, która jest w Chrystusie. (Rz 3)

Nie zwalnia nas to z wysiłku ciągłego wypełniania Słowa Bożego i budowania domu na skale, którą jest Chrystus. Wszak możemy wybrać, albo Jego, albo przekleństwo. Trzeciej drogi nie ma.

niedziela, 27 lutego 2011

Ku świętości

PS.

Tekst poniższy powinien ukazać się jako komentarz na poprzednią niedzielę (20 lutego), gdzieś się niestety zawieruszył, zapomniałem poddać go korekcie, ale pomimo to postanawiam go opublikować. Wszak Ewangelia przekracza kwestie czasu i zawsze jest aktualna :)

Kpł 19,1-2.17-18 Ps 103 1 Kor 3,16-23 Mt 5,38-48

„Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan Bóg wasz!” (Kapł 19) –te słowa wypowiedziane do Mojżesza są wyzwaniem dla każdego z nas. Poprzeczka tej świętości, którą dzisiaj w Ewangelii ukazuje Chrystus, jest tak wysoko postawiona, że prowadzi do swoistego dramatu.[1] Patrząc wszak pokornie na siebie i swój grzech. Widząc w prawdzie własną słabość. Wiemy jak daleko nam do tej Ewangelicznej świętości. Stajemy, zatem przed dramatem widząc, że naszym celem jest coś, czego po ludzku w pełni osiągnąć nie jesteśmy wstanie.


Ów chrześcijański dramat wynikający z wyzwania związanego ze świętością, może kreować w człowieku dwie, na pierwszy rzut oka sprzeczne ze sobą postawy.


Pierwszą można nazwać „odrzuceniem” świętości. Po co bowiem dążyć do czegoś, czego osiągnąć się nie da? A że się nie da to widzimy u „innych”, którzy są grzeszni i to przecież owi „inni” zazwyczaj są „bardziej grzeszni” od nas. Przy czym „oni” mówią, że dążą do „świętości”, a „my” w najmniejszym stopniu „nieobłudni” stwierdzamy, że święci nie jesteśmy i że jest nam z tym dobrze. A może nawet czujemy się „lepsi” od tych wszystkich „faryzeuszów” i „dewotów” mówiących, że dążą do świętości, choć grzech ich nie omija. „My” przynajmniej wprost stwierdzamy, że świętość nas mało interesuje, bo zresztą przecież jest niemal nieosiągalna.


Druga postawa jest czymś na wzór „faryzejskiej dewocji”. Chociaż zdawałaby się, że owa postawa jest całkowicie odmienną od poprzedniej, to źródła i efekty faryzejskiego pozoru są niemal identyczne. W tej postawie człowiek stwierdza, że skoro nie jest wstanie osiągnąć świętości całym swoim życiem, to warto przynajmniej stworzyć jej zewnętrzny obraz. Oczywiście nie jest to świętość Ewangelii, ale faryzeuszów zadufanych w swoje zewnętrzne praktyki i daleko jej do „miłowania własnych nieprzyjaciół”. Niewątpliwie taka postawa może również stworzyć w człowieku dobre samopoczucie, wynikające z tego, że jest lepszy od tych, którzy lekceważą i odrzucają Ewangelie.


Chrystus wzywa nas, byśmy byli „doskonali jak doskonały jest nasz Ojciec niebieski”. Oczywistym jest, że nie chce On byśmy „stali się bogami”. Mamy jednak być doskonali na własnym etapie pielgrzymowania. Mamy odkrywać tę Bożą doskonałość, aby być świętymi Jego świętością. Jak byśmy się nie starali nie będziemy idealni. Nie ma obawy - „nie staniemy się bogami”. Możemy jednak podążać drogą świętości, odkrywając własną słabość, walcząc z nią i czerpiąc z mocy i miłosierdzia Stwórcy. Biorąc pod uwagę, że Boga wciąż na nowo możemy odkrywać[2], to każdego dnia na nowo możemy stawać się świętymi. Owszem rzeczywista świętość często może być niedostrzegalna, gdyż daleka jest od zewnętrznych „faryzejskich dewocji”, ale zawsze będzie wypracowywana na kolanach, w trudzie własnego życia.[3] Bóg nie wymaga od nas rzeczy niemożliwych. Bądźmy świętymi tak jak On jest Świętym, Jego świętością. Choć często może to być niewidoczne to jednak warto ten trud umiłować…




[1] Trafnie wskazuje na ten dramat prof. Jacek Filek, który w wywiadzie dla ostatniego nr „Więzi” pisze: „Etos ewangeliczny postrzegam, jako bardzo wysoki (…) Myślę, że dramat człowieka wierzącego polega również na tym, że deklaruje on przyjęcie zadania, któremu żadną miarą nie jest w stanie sprostać” Jacek Filek, Andrzej Miszk, Bóg wśród ruin? (dyskutują Jacek Filek i Andrzej Miszk). Więź, nr 2-3 (628-629), 2011r., s.19.

[2] Por. Thomas Merton, Rok z Thomasem Mertonem (Codzienne medytacje), Kraków 2006r., s.36

[3] Życie w cieniu modlitwy zawsze było domeną ludzi wielkich i świętych. Obraz taki wyłania się również po wspomnieniach dotyczących niedawno zmarłego abp. Józefa Życińskiego. Por.: Maciej Muller, Tomasz Ponikło, Arcybiskup Cogito, Tygodnik Powszechny, nr 8 (3215) 2011r., s. 4-7.

sobota, 12 lutego 2011

Wolność darem nienaruszalnym

Po raz kolejny przekonałem się jak ważna jest „stałość” i „systematyczność”. Nie jest, bowiem łatwo powrócić do pisania tekstów po dłuższej przerwie spowodowanej praktyką tak zwanych wizyt duszpasterskich zwanych „kolędą”. Nie o kolędzie, czy wydarzeniach w Kościele z czasu minionego, chcę dzisiaj pisać. Postaram się powrócić do tego, co zdaje mi się najistotniejsze, czyli rozważania niedzielnego Słowa Bożego.

„(…) Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane. Ponieważ wielka jest mądrość Pana (…). Nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć.

Syr 15, 15-20

Bracia: Głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy tajemnicę mądrości, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, tę, której nie pojął żaden z władców tego świata (…)

1 Kor 2, 6-10

„Jezus powiedział do swoich uczniów: "Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. (…)

Ktokolwiek, więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim (…)

A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj. (…)
(…)
Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: «Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi». A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, (…). Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi".

Mt 5, 17-23

Myślę, że na przedstawione przez Ewangelistę Mateusza długie i na pozór skomplikowane nauczanie Chrystusa warto spojrzeć przez pryzmat słów zaczerpniętych z Księgi Syracydesa. Wówczas możemy głębiej odkryć piękno i subtelność granic naszej wolności.

Bóg kładzie przed nami „ogień” i „wodę”, „życie i śmierć”. My mamy wyciągnąć rękę po to, co zechcemy. Mamy wziąć to, co nam się podoba (por. Syr. 15, 15-20). Bóg daje nam wolność wyboru, ale oczywiście „nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr. 15, 20). Zdanie to jest bardzo ważne, bo nadaje naszej wolności odpowiedni wymiar, którego nakreślenie ustrzeże nas przed złudnym mniemaniem, że skoro Bóg dał wybór, to obojętnym jest, z której półki zaczerpniemy. Bóg nie chce, bowiem byśmy wybrali „śmierć”, czy spłonęli w „ogniu”. Bóg daje nam jednak wolność wyboru.

Rozróżnienie „wolności” od naszej lekkomyślnej „swawoli”, wydaje się na tyle oczywiste, że pozwolę sobie przyjąć to za rzecz w miarę niepodważalną. Sam Chrystus „przyszedł nie po to by prawo znieść, ale je wypełnić”, i nikt nie ma prawa znieść Przykazań, czy moralności nawet w imię idei własnego poczucia wolności. (por. Mt. 17)

Jest jednak chyba rzeczą bardziej delikatną nasz stosunek do wolności innych. Gdzie są, bowiem granice wolności „drugiego”? Często zdarza się, że pod pozorem bardziej lub mniej subiektywnie pojętej „prawdy”, chcielibyśmy innym narzucić nasz, wydawałoby się jedynie słuszny tok postępowania i myślenia. Oczywiście nie podważam obiektywnego nauczania Ewangelii. Nie podważam faktu, że „życie” jest „życiem”, a „śmierć”, „śmiercią”. Nie neguje prawdy, iż Wolą Bożą jest byśmy przestrzegali Przykazań i wybierali „życie”, że Bóg nie chce naszego wyboru grzechu. Czy jednak i do jakiego stopnia mamy prawo narzucać innym nasz sposób myślenia? Czy mamy prawo wytoczyć ścisłe granice wolności „drugiego”? A jeśli je nakreślimy i wyegzekwujemy ich przestrzeganie, to czy ów „drugi” będzie jeszcze wolny? A jeśli wolny już nie będzie to czy będzie to zgodne z wolą Najwyższego? A są przecież tacy, którzy w imię własnego subiektywnego rozumienia Ewangelii, wszystkich co się z nimi w czymkolwiek-również poza Ewangelią- nie zgadzają chętnie ułożyliby na jednym „gehennowym” stosie. Wykorzystując do swojej ideologii niejednokrotnie opacznie rozumiane wezwania Chrystusa abyśmy byli „tak, tak; nie, nie”.

Rodzą się w tym kontekście pytania o przyzwolenie na „zło” i działanie „złoczyńcy”. Oczywiście zła i krzywdy lekceważyć nie możemy. Mało tego. Zawsze musimy się jemu przeciwstawiać. Ale czy takie przeciwstawianie ma być jednoznaczne z ograniczeniem wolności „drugiego”?

Żeby uchwycić tę granicę ludzkiej wolności, warto przyjrzeć się subtelnej różnicy pomiędzy potępieniem grzechu, a potępieniem grzesznika. Bardzo trudno odróżnić nam czyn od człowieka. Poniekąd, dlatego, że czyn ludzki również jakoś konstytuuje jego twórcę. Jednakże zło i złoczyńca to dwie różne rzeczywistości. Nawet, jeśli rzeczą oczywistą się zdaje iż jedno bez drugiego istnieć nie może.

Bóg jednak do niczego nas nie zmusza. On daje nam propozycje. Wciąż słyszymy Jego, „jeśli chcesz”. Nie obraża się na nasz wybór. „Nie łamie trzciny nadłamanej”, a co najwyżej nad tą trzciną płacze. Bóg dał nam wolność wyboru. Zatem w imię, czego, lub kogo chcielibyśmy ją odbierać innym?

Dochowujmy wierności Prawu. Wybierajmy „życie”. Uczmy tej Ewangelicznej drogi innych, ale uważajmy przed zbyt pochopnym wykrzykiwaniem „raka”, czy „bezbożniku”, gdyż nie bez przyczyny Chrystus wskazuje, iż doprowadzi nas to do ognia piekielnego.

Patrzmy na ludzkie czyny i owoce. Wskazujmy zło. Pokazujmy zagrożenie „śmierci”, ale nie potępiajmy człowieka. Nie mieszajmy go z błotem w imię swoich ideologii. Parafrazując śp. Ks. Arcybiskupa Józefa Życińskiego można by rzec: strzeżmy się przed „mentalnością czołgisty, dla którego świat jest albo płaski, albo do zbombardowania”.

Może trzeba nabrać pokory. Pogodzić się z tym, że do końca nie poznamy wszystkiego. Że wyzwalająca prawda nam się ukazuje, ale nie jesteśmy jej właścicielami. Że życia się wciąż uczymy i uczymy się, czym jest wolność, którą Bóg dał, „ponieważ wielka jest mądrość Pana” (Syr. 15). Uczmy się tej mądrości. Nie mądrości świata i jego władców, ale mądrości ukrytej, którą nie pojął żaden z władców tego świata (por. 1 Kor. 2). Tylko w tej Bożej Mądrości możemy zrozumieć piękno i granice naszej ludzkiej wolności, w której nie ma lęku i pokusy panowania nad „drugim”. Mądrości, w której nie ma pobłażliwości dla „zła”, ale jest szacunek i miłość nawet do „zło czyniącego”.

Aby zrozumieć mądrość i logikę Ewangelii, musimy podjąć duży wysiłek. Potrzeba nam wiele „stałości” i „systematyczności”, by wciąż na nowo, na kolanach, odkrywać piękno człowieczeństwa i ludzkiej wolności. Czego sobie i Tobie drogi czytelniku życzę.

sobota, 27 listopada 2010

Noworoczne pozstanowienie

Mówi się że dobre postanowienia najłatwiej przychodzą z początkiem roku, ale każdy z nas wie, że w mozole codzienności nie zawsze mają szanse przetrwania do jego końca. Moje postanowienie poczynienia wysiłku pisania ponawiałem kilkakrotnie i były to piękne postanowienia, ale niestety tylko postanowienia. Pewnie również czas nowego roku liturgicznego przeszedł by bez większego efektu gdyby nie dziwna zbieżność ostatnich wydarzeń i okoliczności.

Zwyczajem Kościoła Katolickiego po pięciu intensywnych latach pracy w przemiłym Piotrkowie Trybunalskim, dane mi było usłyszeć po powrocie z zasłużonego urlopu, że mam rzucić wszystko z dnia nadzień i za dni kilka przeprowadzić się do miasta Łodzi. W sumie nic zaskakującego.

Nowe miejsce, nowe wyzwania- to nie tylko powiedzenie i teoria. Wciąż się głowię jak być dla tych, do których zostałem posłany, jak mówić im o Chrystusie? Pewnie własnym życiem, ale jak to robić skoro nasze „życia” i „światy” mieszczą się po przeciwległych stronach dwupasmowych ruchliwych ulic i torów kolejowych?

Pewnie nic odkrywczego nie było w stwierdzeniu, że trzeba zacząć od niedzielnych homilii. W tym odkryciu nie poczułem zbytniego obciążenia, gdyż mówić do ludzi, dialogować z myślami własnymi i innych, nawet gdy czyni się to z ambony, wydało mi się i łatwe i przyjemne. Tym bardziej zaskakującym było odczucie jakiegoś dziwnego dyskomfortu w trakcie „niedzielnego objaśniania Słowa Bożego”. Owszem, usprawiedliwień miałem moc wiele. Przez Pierwsze tygodnie moje myśli zajęte były sposobem malowania ścian, skręcaniem mebli, porządkowaniem przeróżnych książek i papierów, a że o tym na kazaniu nie koniecznie trzeba wspominać, to uznałem to za źródło zahamowania mojego krasomówstwa. Potem chciałem zgonić na jesienną depresje i związany z nią niekorzystny biomet ;) Próbowałem nawet uczynić wszystkiemu winne mniej zasłuchane twarze, wystrój kościoła(lub raczej jego brak), a nawet na przytłumiający zapach naftaliny nieustannie obecny w świątynnym pomieszczeniu.

Tym do czego najtrudniej mi było się przyznać to fakt, że może warto by się czasem do tych kazań przygotowywać… cóż nie wiem czy kiedykolwiek napisałem jakiekolwiek kazanie, a ostatnimi laty podstawowym przygotowaniem do ich wygłoszenia, była szczera modlitwa do Ducha Świętego tuż przed jego wygłoszeniem. Stwierdziłem odważnie, że trzeba to zmieć. Czyli trzeba wcześniej zajrzeć w Słowo Boże. Oczywiście nie miałem zamiaru zapisywać kazań. Coś takiego nawet do głowy by mi nie przyszło, przecież kazanie się mówi a nie czyta czy pisze.

Tak by pewnie zostało do dziś a jedynym tego skutkiem mogła by się stać co najwyżej intensywniejsza modlitwa do Ducha Świętego przed wypowiedzeniem niedzielnej homilii.

Tymczasem przed niemal dwoma tygodniami wylądowałem na kapłańskich rekolekcjach w Grzybowie, pod Kołobrzegiem. O rekolekcjach i ich głębi dużo by pisać. Jednak dane mi było ich nietypowe przedłużenie, gdyż niby przypadkiem -ale są tacy, którzy mówią, że przypadków nie ma- mogłem kilkugodzinną drogę powrotną spędzić na rozmowie z ks. Adamem Bonieckim. Oczywiście nastąpiło to tylko dzięki jego życzliwości i wrażliwości, gdyż wracając do Krakowa postanowił odwiedzić miasto Łódź. Zdawać by się mogło że podróż jak podróż, rozmowa jak rozmowa. Poruszyliśmy kilka tematów, trochę o Tygodniku Powszechnym, trochę o szkole i życiu. Cóż, mam wrażenie, że jakoś słów momentami brakowało by wyrazić nie wyrażalne i nawet zdarzały się pokaźne momenty ciszy. Nie zmienia to jednak faktu, że spędzenie kilku godzin z człowiekiem myślącym, światkiem Ewangelii i niezaprzeczalnym autorytetem –co nie jest w tym miejscu bez znaczenia- było dla mnie niewątpliwie czasem nadprogramowych rekolekcji. I co z tej rozmowy wynikło? Wiele drobiazgów układających się w całość, ale nie zapomnę stwierdzenia ks. Bonieckiego, które stało się zachętą na granicy nakazu: „Niech ksiądz pisze sobie kazania”. Oczywiście pomyślałem swoje… -kazań się nie pisze ale mówi! Jednak po kolejnej niedzielnej porażce (choć o dziwo zdarzyło mi się, że kilka osób podziękowało mi za wygłoszoną treść Słowa Bożego –co nieczęsto się zdarza), postanowiłem coś z tym zrobić.

Oczywiście bez obaw, nie mam zamiaru uprawiać odczytów kaznodziejskich z ambony, nawet nie mam zamiaru brać ze sobą gotowej treści „przemowy”. Poszedłem na kompromis. Postanowiłem pisać rozważania nad niedzielną ewangelią. A skoro już je mam pisać to i warto opublikować. I w ten sposób nadarzyła się okazja do wznowienia „pisarsko-blogowej” działalności.

Szybko się okazało, że pisanie rozważań, które oczywiście kazaniami nie są, nie jest rzeczą łatwą. I wiele trudu kosztuje by napisać co czuje dusza. Cóż swoje lata mam… człowiek uczy się całe życie, może warto kunszt i technikę pisarską poćwiczyć? Przyda się niewątpliwie przy spisaniu testamentu ;)

I tak od pierwszej niedzieli adwentu zacznę realizować moje rekolekcyjne, a już nie tylko adwentowe, czy nowo roczne postanowienie.

Nowe miejsce –nowe wyzwania.

PS.

Liczę na życzliwą krytykę i uwagi względem mojego pisarskiego postępu… ;)