Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 grudnia 2010

Zasiądźmy wspólnie do wigilijnego stołu

Stół wigilijny ma w sobie coś uniwersalnego. I to nie tylko, dlatego że zasiadają do niego w naszym kraju niemal wszyscy. Bez względu na przynależność partyjną, czy społeczną. Wierzący i niewierzący. Po prostu praktycznie każdy. A jeśli nawet słyszymy o takich, którzy zasiąść do niego nie mogą to oczywiście wzbiera w nas litość i współczucie. Wigilia w naszym kraju to taki czas, kiedy nikt nie powinien być sam. Z tego założenia wziął się również tak ważny symbol pustego miejsca przy stole pozostawionego dla niespodziewanego wędrowca.

Dla nas chrześcijan, ów wigilijny stół ma znaczenie szczególne. Jest on nie tylko istotnym symbol życia rodzinnego, dialogu, rozmowy, spotkania i przebywania z sobą. To również stół „ofiarny”. Stół rodzinny powinien być zawsze przedłużeniem stołu Eucharystycznego. Tak jak pierwsi chrześcijanie gromadzili się na ucztach agape, tak my gromadzimy się przy naszych stołach.

Myślę, że ta świadomość powinna nam mocno towarzyszyć przy wieczerzy wigilijnej. Nie chodzi oczywiście o to, aby nasza wigilijna kolacja zamieniła się w sztuczne i pompatyczne wydarzenie para liturgiczne. Wzorem dla nas powinien być Chrystus, którego na kartach ewangelii często widzimy właśnie za stołem. A że nie były to rzadkie sytuacje wiemy, gdyż sami faryzeusze wyrzucali mu to, że jest „żarłokiem” i „pijakiem”. Chrystus daje nam wzór budowania relacji międzyludzkich. Tym, którzy zapraszali go w gościnę nigdy nie odmawiał. Siadał do stołu nawet z tym, których uznalibyśmy za niegodnych czy zdrajców. Byli tacy, którzy przychodzili do niego nocom i tacy, którzy wspólne biesiadowanie łączyli z kontemplacją jego osoby. A wszystko zmierzało do stołu w wieczerniku. Do ołtarza. Ofiary Chrystusa na krzyżu, którą złożył za wszystkich, tych „godnych” i „niegodnych”, „grzesznych” i „prawych”. Na tym ołtarzu Jezus dopełnił wszystkiego.

Nasz stół wigilijny niech będzie pełen radości wypływającej z faktu przyjścia Boga na ziemię. Niech będzie również wzorem tego stołu, przy którym zasiadał Chrystus. Niech nie będzie nieobecnych i „wykluczonych”. Tradycyjnie pozostawione wolne miejsce niech nie będzie tylko pustym symbolem. Nie chodzi mi o konieczność przygarnięcia jakiegoś „nędzarza”, choć niewątpliwie warto się zainteresować, czy przypadkiem nasza sąsiadka nie jest w tym czasie całkowicie sama i opuszczona.

Chodzi mi w tym miejscu o nieco głębszy wymiar spotkania. Żyjemy w społeczeństwie, które bardzo łatwo „wyklucza” ze swojego życia własnych przeciwników i oponentów. Widać to w świecie polityki, jak również w naszych relacjach sąsiedzkich. Często nie potrafimy się słuchać i kompletnie się nie rozumiemy. Wówczas łatwo jest odmówić komuś „polskości”, „rozsądku”, „poczucia rzeczywistości” czy nawet „dobrej woli”. Łatwo nam wówczas przyklejać łatkę „oszołoma”, „liberała”, „mohera”, „faszysty” czy „masona”. To przecież są nasi bracia „wykluczeni”. I to „wykluczeni” przez nas. Dlatego może warto zaprosić ich do wspólnego stołu. Przecież powinno tam być zawsze dla nich wolne miejsce.

Postawa jedności powinna oczywiście być widoczna najpierw w gronie najbliższej rodziny. Jeśli tam brakłoby miłości, to wydaje się nieroztropnym zapraszać do niej w gościnę przybysza. Wówczas mogłoby się okazać, że usadzimy go w samym środku „piekła”. Dlatego spójrzmy dzisiaj na nasze więzy rodzinne. Spójrzmy również na nasze więzy chrześcijańskie i te w gronie Kościoła Katolickiego.

Na temat jedności w Polskim Kościele pisał w swoim liście O. Ludwik Wiśniewski OP. Wielu miało mu za złe, że szuka dziury w całym, że osłabia Kościół i że list został opublikowany w przedświątecznym czasie, aby zburzyć atmosferę tych świąt. Osobiście myślę, że te zarzuty były bardzo krzywdzące i wynikały z całkowitego niezrozumienia autora listu, który kierował się autentyczną troską o Polski Kościół. Kościół, który niestety jakoś niespostrzeżenie się podzielił i doszło w nim do wzajemnych „wykluczeń”.

Może właśnie wigilijny wieczór powinien stać się wieczorem jedności. Wszak gromadzimy się przy stole, aby radować się z przyjścia Pana. A On przyszedł do wszystkich bez wyjątku. Czy zatem jest przy naszym stole miejsce dla naszych oponentów? Dla tych, których nie lubimy i z którymi się nie zgadzamy? Czy potrafimy ogarnąć ich swoją modlitwą? Oczywiście nie tą faryzejską w formie, „aby się drań i grzesznik w końcu nawrócił i zmienił swoje życie i żył tak wspaniale jak ja”, ale tą Ewangeliczną: „abyśmy wspólnie poznali Wcielonego Pana i kroczyli jego drogami. Abyśmy wspólnie potrafili zmieniać własne życie krocząc drogą prawdy Chrystusowej”. „Aby nastała jedna owczarnia i jeden Pasterz, a wówczas wszyscy poznają, że do Niego należymy i poznają jak bardzo On umiłował świat. Że Syna Swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy miał w Nim życie wieczne.”

sobota, 18 grudnia 2010

Szymon Hołownia (trochę) się myli

Szymon Hołownia na swoim blogu snuje dość osobiste, ale i wnikliwe refleksje na temat listu ojca Ludwika Wiśniewskiego OP do nuncjusza. Paradoksalnie zgadzam się z Hołownią w jego spojrzeniu na rzeczywistość Kościoła i podpisuję się pod stwierdzeniem, że „łatwo pomylić objawy z przyczynami”. Wypunktowane przez O. Wiśniewskiego „kłopoty” Kościoła są de facto „skutkiem” innych „przyczyn” -zaniedbań. Ale nie zmienia to faktu, że te „skutki” nie będą „przyczyną”, jeszcze pokaźniejszych „skutków”, które staną się jeszcze poważniejszym kłopotem.

Nie chcąc przytaczać innych ciekawych stwierdzeń autora blogu, odsyłam do jego oryginału, gdyż tekst niewątpliwie wart jest uwagi.

Szymon Hołownia jednak zdaje się wątpić w sens pisania listu przez O. Wiśniewskiego, gdyż jak stwierdza: „biskupi mieć go będą serdecznie w nosie”. A postulowane przez autora listu debaty nie rozwiążą problemów Kościoła. Owszem same w sobie nie będą w stanie rozwiązać problemów, ale mogą się przyczynić do ich zdiagnozowania i działania w stronę ich rozwiązywania. W sumie sam Hołownia stwierdził, że „ludzi myślących tak jak o Ludwik jest (…) całkiem sporo, nie mają jednak forum, na którym mogliby się swoimi spostrzeżeniami podzielić”.

Oczywiście, jako duszpasterz wiem jak ważne jest niesienie Ewangelii we wspólnotach parafialnych. Wiem, że problemy kościoła powinni rozwiązywać „proboszczowie i wikariusze, którzy będą umieli spotkać swoich wiernych z Panem Bogiem i uznają to za ważniejsze niż głoszenie im pochwał Prezesa tej czy innej partii.” Tak ten problem można rozwiązać tylko na poziomie edukacji i indywidualnego spotkania wiernych we wspólnocie z Chrystusem. Jednak, jako ksiądz pracujący na parafii wiem jak to wszystko jest trudne w sytuacji, gdy „Polski Kościół stoi na głowie”. Zresztą myślę, że Szymon Hołownia, jako człowiek stąpający mocno po ziemi wie jak dużo jest „głupich kazań” i jak łatwo „niektórym księżom po Smoleńsku regularnie odbiło”. Dlatego jakaś forma debaty jest potrzebna.

Oczywiście nie sama debata dla debaty, takiej jałowości w Kościele mamy dość sporo. Powstają, co roku opasłe „programy duszpasterskie”, których nikt nie czyta. A przecież „mądre głowy” je pisują i niby „debatują”. Nawet ostatnio (w pierwszą niedziele adwentu) został ogłoszony trzy letni (sic!) Program duszpasterski „ Kościół szkołom i domem komunii”, którego celem ma być m.in. uczestnictwo świeckich w radach diecezjalnych i parafialnych. Cóż znów powstanie kolejna gruba książka. (tak jak by nie można było zwyczajnie i zgodnie z Prawem Kanonicznym nakazać stworzenia takich rad!) Zatem może będziemy mieli erzac dyskusji i to wszystko… Na prawdziwą krytyczną, twórczą i odważną debatę nie będzie miejsca ni czasu. Po prostu świeckich za bardzo to już nie interesuje, gdyż skutecznie pokazujemy im „gdzie jest ich miejsce” i że „nie powinni wtrącać nosa w nie swoje sprawy” (tak jak próbuje się to pokazać również o. Wiśniewskiemu). Ci duchowni, którzy mieli by coś do powiedzenia nie zostaną w ogóle zapytani, a poza tym nie mają czasu na polemiki gdyż często są urobieni „po łokcie” w duszpasterstwie. Zabiorą głos wszyscy, którym wygodne jest utrzymanie status quo i okopanie się w twierdzy budując własną „krainę schorowanej wyobraźni”, –dlaczego? No to właśnie może jest również temat na szerszą analizę i debatę. Także po to by pomóc tym biednym wylęknionym ludziom, którzy pogubili się w odróżnianiu Ewangelii od własnej ideologii. Aby zrobić wszystko by „Kościół nie stał na głowie”.

Zatem myślę Szymonie, że jest potrzebna i edukacja, i ewangelizacja, i debata, jak również modlitwa. Zresztą uważam, że dość istotne miejsce powinna w Tel debacie mieć TV Religia. Zatem może nie warto czekać do „następnego narodowego kataklizmu albo Wielkanocy (bo u nas –jak sam zauważa Szymon Hołownia-wszystkie kościelne skandale i para skandale idą rytmem świąt kościelnych)”.


tekst ten został przeze mnie opublikowany na: redakcja.newsweek.pl -i tam głównie zapraszam do dyskusji