sobota, 27 listopada 2010

"Czuwać" czy "oczekiwać"?

I niedziela Adwentu, rok A

Iz 2, 1-5; Rz 13, 11-14; Mt 24, 37-44

„Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej na przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swojego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” Mt.24

Fenomen postawy „czuwania”, zakłada w sobie również zjawisko „oczekiwania”. Prawdą jest oczywiście, że ktoś może „oczekiwać” i kompletnie nic nie mieć wspólnego z postawą „czuwania”, ale czy możemy prawdziwie „czuwać” i równocześnie „nie oczekiwać”? Nie jeden uważny czytelnik tekstu dzisiejszej Ewangelii mógłby słusznie dostrzec wręcz zagrożenie już w samym łączeniu, a co dopiero uzależnianiu od siebie tych dwóch podobnie brzmiących pojęć. Można bowiem założyć, że ewangeliczne „czuwanie” na przyjście Chrystusa powinno być pozbawione naszych „oczekiwań” i wyobrażeń. Oczywiście sam dwoma rękoma podpisał bym się pod promocją takiej chrześcijańskiej postawy, ale czy dojście do takiego ideału „czuwania”, może odbyć się bez wzięcia pod uwagę naszych ludzkich „oczekiwań”?

Jest coś niezwykłego, że człowiek zawsze nastawiony jest na jakieś „oczekiwanie”, czyli własne pragnienia i nadzieje. Nawet wówczas kiedy zaczyna żyć chwilą, próbując zagłuszyć w gąszczu i huku codziennych rozrywek własne wnętrze i niespełnienie, nawet wtedy gdy zrezygnowany z głębi własnej depresji wyrzuca, że „nie ma już Nadziei” i „sensu nie widzi”. A może właśnie w tych sytuacjach jeszcze bardziej, mamy do czynienia z wykrzyczeniem ,choć często niewerbalnym, własnych pragnień i oczekiwań?

Każdy na coś „czeka”, choć prawdą jest nie każdy „czuwa”. Postawa „czuwania” jest postawą gotowości na to co nie znane. Gospodarz nie wiedział czy, jaki i kiedy przyjdzie „złodziej”, nie wiedział również czy kiedy i jaki w jego progi może zawitać „wędrowiec”, dlatego powinien „czuwać” i być gotowym urządzić takie przygotowanie na jakie ów „jegomość” zasługuje.

Pozostaje jednak pytanie czy możemy być „gotowymi” na to czego nie znamy, nie znając naszych rzeczywistych „oczekiwań”? Naszych pragnień i nadziei? Wszak gdyby gospodarz wiedział jak wielkie pragnienie snu posiada i skąd owa senność się bierze, gdyby znał powody swojej lekkomyślności w obliczu nadchodzącego niebezpieczeństwa, to czyż przynajmniej nie wystawił by straży u progu swego domu?

Powiązanie naszych „oczekiwań” z nieumiejętnością „czuwania” okazuje się silniejsze niż by na pierwszy rzut oka się wydawało. Powinniśmy zatem odważnie zadać sobie pytanie: jakie są moje „oczekiwania”?, jakie są moje troski pragnienia i nadzieje? Oczywiście nie chodzi o wytworzenie „pobożnościowo poprawnych” idei, ale o odkrycie rzeczywistych moich celów i dążeń. Wydobycie na światło dzienne tego co skrywa nasze serce, nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Wszak jest w naszych pragnieniach wiele małostkowości i próżności. Również w tym co kieruje nas ku wielkim aktom zewnętrznej „nabożności” i „bezgrzeszności” może być nasza pycha i próżność „samozachwytu”.

Zatem „nadeszła godzina przebudzenia ze snu”, nie tylko po to by wydobyć się z letargu naszych pozornych pobożności, ale przede wszystkim by wyjść z ciemności nocy. Aby móc całą naszą małość oświetlić światłem dnia. To co jest na dnie naszego serca trzeba wydobyć, unieść i skierować w stronę światła. Wówczas w jego blasku będziemy mogli rozpoznać samych siebie.

Myślę, że Chrystus nawet nie oczekuje od nas by w naszym sercu zapanowała całkowita idealność jakiejś formy „bezgrzeszności” . Chrystus chce jednak byśmy to serce znali, byśmy znali nasze pragnienia, byśmy wiedzieli co przeszkadza nam w prawdziwym „czuwaniu” i przyjęciu Go takim jakim przychodzi. Jeśli poznamy siły kierujące naszymi dążeniami, będziemy mogli wystawić straże przed nadchodzącym „złodziejem” i wysłać orszak powitalny do przybywającego „wędrowca”. „Przyobleczmy się zatem w zbroję światła” i „żyjmy jak w jasny dzień”, usuwając wszystko co zagłusza nam poznanie siebie i uniemożliwia przybranie adwentowej postawy „czuwania”.

Nie wiem ile w tym rozpoczęciu przeze mnie pisania refleksji niedzielnych jest własnej pychy i skrytej zarozumiałości, a ile pragnienia niesienia światła Ewangelii. Serce mi podpowiada, że choć zawsze jedno z drugim się we mnie miesza to głoszenie Słowa ma tutaj swój zdecydowany priorytet i „biada mi gdybym nie głosił…” Ufam że to co ode mnie pochodzi Chrystus oświetli i oczyści, może posługując się również, mój „rozmówco”, Tobą i twym krytycznym, choć ufam, że życzliwym komentarzem.

Noworoczne pozstanowienie

Mówi się że dobre postanowienia najłatwiej przychodzą z początkiem roku, ale każdy z nas wie, że w mozole codzienności nie zawsze mają szanse przetrwania do jego końca. Moje postanowienie poczynienia wysiłku pisania ponawiałem kilkakrotnie i były to piękne postanowienia, ale niestety tylko postanowienia. Pewnie również czas nowego roku liturgicznego przeszedł by bez większego efektu gdyby nie dziwna zbieżność ostatnich wydarzeń i okoliczności.

Zwyczajem Kościoła Katolickiego po pięciu intensywnych latach pracy w przemiłym Piotrkowie Trybunalskim, dane mi było usłyszeć po powrocie z zasłużonego urlopu, że mam rzucić wszystko z dnia nadzień i za dni kilka przeprowadzić się do miasta Łodzi. W sumie nic zaskakującego.

Nowe miejsce, nowe wyzwania- to nie tylko powiedzenie i teoria. Wciąż się głowię jak być dla tych, do których zostałem posłany, jak mówić im o Chrystusie? Pewnie własnym życiem, ale jak to robić skoro nasze „życia” i „światy” mieszczą się po przeciwległych stronach dwupasmowych ruchliwych ulic i torów kolejowych?

Pewnie nic odkrywczego nie było w stwierdzeniu, że trzeba zacząć od niedzielnych homilii. W tym odkryciu nie poczułem zbytniego obciążenia, gdyż mówić do ludzi, dialogować z myślami własnymi i innych, nawet gdy czyni się to z ambony, wydało mi się i łatwe i przyjemne. Tym bardziej zaskakującym było odczucie jakiegoś dziwnego dyskomfortu w trakcie „niedzielnego objaśniania Słowa Bożego”. Owszem, usprawiedliwień miałem moc wiele. Przez Pierwsze tygodnie moje myśli zajęte były sposobem malowania ścian, skręcaniem mebli, porządkowaniem przeróżnych książek i papierów, a że o tym na kazaniu nie koniecznie trzeba wspominać, to uznałem to za źródło zahamowania mojego krasomówstwa. Potem chciałem zgonić na jesienną depresje i związany z nią niekorzystny biomet ;) Próbowałem nawet uczynić wszystkiemu winne mniej zasłuchane twarze, wystrój kościoła(lub raczej jego brak), a nawet na przytłumiający zapach naftaliny nieustannie obecny w świątynnym pomieszczeniu.

Tym do czego najtrudniej mi było się przyznać to fakt, że może warto by się czasem do tych kazań przygotowywać… cóż nie wiem czy kiedykolwiek napisałem jakiekolwiek kazanie, a ostatnimi laty podstawowym przygotowaniem do ich wygłoszenia, była szczera modlitwa do Ducha Świętego tuż przed jego wygłoszeniem. Stwierdziłem odważnie, że trzeba to zmieć. Czyli trzeba wcześniej zajrzeć w Słowo Boże. Oczywiście nie miałem zamiaru zapisywać kazań. Coś takiego nawet do głowy by mi nie przyszło, przecież kazanie się mówi a nie czyta czy pisze.

Tak by pewnie zostało do dziś a jedynym tego skutkiem mogła by się stać co najwyżej intensywniejsza modlitwa do Ducha Świętego przed wypowiedzeniem niedzielnej homilii.

Tymczasem przed niemal dwoma tygodniami wylądowałem na kapłańskich rekolekcjach w Grzybowie, pod Kołobrzegiem. O rekolekcjach i ich głębi dużo by pisać. Jednak dane mi było ich nietypowe przedłużenie, gdyż niby przypadkiem -ale są tacy, którzy mówią, że przypadków nie ma- mogłem kilkugodzinną drogę powrotną spędzić na rozmowie z ks. Adamem Bonieckim. Oczywiście nastąpiło to tylko dzięki jego życzliwości i wrażliwości, gdyż wracając do Krakowa postanowił odwiedzić miasto Łódź. Zdawać by się mogło że podróż jak podróż, rozmowa jak rozmowa. Poruszyliśmy kilka tematów, trochę o Tygodniku Powszechnym, trochę o szkole i życiu. Cóż, mam wrażenie, że jakoś słów momentami brakowało by wyrazić nie wyrażalne i nawet zdarzały się pokaźne momenty ciszy. Nie zmienia to jednak faktu, że spędzenie kilku godzin z człowiekiem myślącym, światkiem Ewangelii i niezaprzeczalnym autorytetem –co nie jest w tym miejscu bez znaczenia- było dla mnie niewątpliwie czasem nadprogramowych rekolekcji. I co z tej rozmowy wynikło? Wiele drobiazgów układających się w całość, ale nie zapomnę stwierdzenia ks. Bonieckiego, które stało się zachętą na granicy nakazu: „Niech ksiądz pisze sobie kazania”. Oczywiście pomyślałem swoje… -kazań się nie pisze ale mówi! Jednak po kolejnej niedzielnej porażce (choć o dziwo zdarzyło mi się, że kilka osób podziękowało mi za wygłoszoną treść Słowa Bożego –co nieczęsto się zdarza), postanowiłem coś z tym zrobić.

Oczywiście bez obaw, nie mam zamiaru uprawiać odczytów kaznodziejskich z ambony, nawet nie mam zamiaru brać ze sobą gotowej treści „przemowy”. Poszedłem na kompromis. Postanowiłem pisać rozważania nad niedzielną ewangelią. A skoro już je mam pisać to i warto opublikować. I w ten sposób nadarzyła się okazja do wznowienia „pisarsko-blogowej” działalności.

Szybko się okazało, że pisanie rozważań, które oczywiście kazaniami nie są, nie jest rzeczą łatwą. I wiele trudu kosztuje by napisać co czuje dusza. Cóż swoje lata mam… człowiek uczy się całe życie, może warto kunszt i technikę pisarską poćwiczyć? Przyda się niewątpliwie przy spisaniu testamentu ;)

I tak od pierwszej niedzieli adwentu zacznę realizować moje rekolekcyjne, a już nie tylko adwentowe, czy nowo roczne postanowienie.

Nowe miejsce –nowe wyzwania.

PS.

Liczę na życzliwą krytykę i uwagi względem mojego pisarskiego postępu… ;)

czwartek, 21 maja 2009


z listu O. Jana Góry:

Drogi Przyjacielu!

6 czerwca startuje trzynasta LEDNICA.
Co to jest Lednica? 100 tysięcy młodych ludzi. Niesamowite pieśni, znowu z towarzyszeniem wielkich bębnów, atmosfera przyjaźni, radości i modlitwy. I najważniejsze - wybór Chrystusa na Pana naszego życia. To jest LEDNICA!

To Spotkanie jest organizowane właśnie dla Ciebie.
Razem z Tobą chcemy wybrać Chrystusa i przeżywać entuzjazm Wiary.

Czekamy na Ciebie.

Lednica staje się międzynarodowa! W tym roku będą z nami delegaci krajów Europy.
Europa wybiera Chrystusa!

Przyjadą Franciszkanie, by świętować 800 lat swojego istnienia. Pragną każdemu Ledniczaninowi ofiarować błogosławieństwo "Pax et Bonum! - Pokój i Dobro!" i przepiękny krzyż św. Damiana.

Pragniemy każdemu, kto przyjedzie na Lednicę, podarować Lednicką Liturgię Godzin. Chcemy, byś i Ty miał brewiarz - szansę, by z psalmów uczyć się odwagi rozmowy z Bogiem.

Trzynasta Lednica jest pod hasłem: "ROZPOZNAJ CZAS!".
Przede wszystkim chcemy podarować sobie nawzajem trochę czasu, tego, którego wciąż mamy za mało, którego nie wystarcza nam na to, co w życiu najważniejsze. Nad Lednicą mamy czas - bo CZAS TO MIŁOŚĆ!

Prosimy, pomóż nam poinformować o Lednicy. Prześlij tego maila tak szeroko, jak tylko można - z prośbą o przekazanie dalej. Dodaj też plakat lednicki do zdjęć w Twoim profilu na naszej-klasie wraz z komentarzem informującym o Lednicy (propozycja na lednickiej stronie internetowej) i ustaw to zdjęcie jako główne.
Uruchommy lednicką lawinę informacyjną, by każdy dostał szansę spotkania z Chrystusem i wybrania GO.

Prosimy, zmobilizuj katechetów, księży, wychowawców, by zorganizowali wyjazd na Lednicę. Może zorganizuj go z przyjaciółmi? Jeśli nie masz z kim jechać, zobacz na naszej stronie internetowej w bazie wyjazdów czy nikt nie organizuje wyjazdu z Twoich okolic. Jeśli nie, przyjedź sam - spotkać i poznać przyjaciół żyjących Wiarą.
6 czerwca wszystkie pociągi zatrzymują się na Lednicy!
Szczegóły w Internecie - adresy poniżej.

Czekamy na Ciebie 6 czerwca pod Rybą.

Jan Góra OP

Jak Co roku wyjazd na Lednice organizowany jest również z Piotrkowa Tryb.

koszt: 35 zł (+ 5 zł. wpłacane dla organizatorów)
wyjazd 6 czerwca o godz. 5.00
powrót 7 czerwca około godz. 7.00

zapisy w kancelarii par. NSJ w Piotrkowie -ul. Armii Krajowej 19
info u mnie

rozpropaguj to zaproszenie wśród znajomych i nie zwlekaj - zapisz się już dziś!
ilość miejsc ograniczona....

sobota, 9 maja 2009

codzienność zabiegania...




Wydawało by się, że dzień jak co dzień, no może za wyjątkiem kilku drobiazgów, szczególnych spotkań, postanowień i braku ich realizacji.

Tak jak co dzień olbrzymie zabieganie i skołowanie, sam już nie wiem jak człowiek zdąża z spotkania Na spotkanie, gdyż wydaje się to czasami nieprawdopodobne. Paradoksalnie nie wiem również jak to się dzieje, że nie jestem wstanie wywiązać się z wielu podjętych i przyobiecanych zobowiązań.
Pewnie dzisiaj w swoim zakołowaniu przeszedłem samego siebie, zauważając dość wyraźnie, że w pośpiechu człowiek traci nie tylko głowę, ale i również wiele cennego czasu, gdyż przez rozkojarzenie szuka pozostawionych pod ręką przedmiotów i notorycznie z ich powodów zawraca z drogi.

Buduje się we mnie szlachetne postanowienie, aby się zatrzymać i zwolnić! I W konsekwencji decyduję się na dość nietypowy krok nie zabierania z sobą do Wilna komputera.
W tej sytuacji na wszystkie meile odpisać powinienem przed wyjazdem. Niestety nie stało się to możliwe m.in. ze względu na nagłe spotkanie z Janką Ochojską. Chodziło o udział w jakimś drobnym szkolnym festynie ekologicznym, a daj Boże skończy się na studniach w Sudanie, które powstaną dzięki mieszkańcom Piotrkowa.

Jeszcze szybka wizyta u lekarza, gdzie zastałem tylko bezsilnego pediatrę, któremu musiałem pomóc w wypisaniu niezbędnych dalszych skierowań. Ustalenie obecności w komisji maturalnej. Sprawy kancelaryjno-parafialne. Ryzykowna pod względem napiętego czasu, ale zalecana przez lekarzy wizyta na basenie. Msza,… i tradycyjnie pozostawione na ostatnią chwilę pakowanie. Oj jak mi się nie chce nigdzie jechać….

Cóż szybka kolejna decyzja komputer jednak zabieram z sobą… może uda mi się odpisać na kilka maili w autobusie.

Straszny pośpiech milknie w drodze do Wilna, dociera do mnie dzisiaj informacja o śmierci ks. Papiernika –wracał z Litwy, też wciąż zabiegany… może doprawdy warto jednak zwolnić.
W autobusie nic mi się już nie chce, próbuję się zdrzemnąć…
Powstaje nieco chaotyczna notka, ale przecież to tylko jakaś skromna część mojego nieco chaotycznego dzisiejszego dnia…

niedziela, 19 kwietnia 2009

Sakramentalne Miłoszierdzie

Mam ochotę zacząć dość mało oryginalnie i stwierdzić, że dawno nic nie napisałem, choć wydarzenia tego niewątpliwie się domagały. Bo jak że można by przemilczeć najważniejsze wydarzenie jakim jest Zmartwychwstanie Chrystusa i poświęcone temu Święta Paschalne? Hy… widać można przemilczeć skoro to zrobiłem… Na usprawiedliwienie mogę tylko mieć fakt, że komentarz, czy nawet najgłębsza i najtrafniejsza refleksja dotycząca tego wydarzenia do zbawienia nie jest konieczna w odróżnieniu do tego wydarzenia, czyli faktu pokonania śmierci poprzez Zmartwychwstanie, bez którego obyć się nie możemy.

No może trochę zamotałem, ale sens jest taki, że jakoś bardziej byłem ostatnio zaabsorbowany owymi istotnymi wydarzeniami, niż komentowaniem ich na ब्लोगु.

Oczywiście gdzieś pomiędzy postem a wielkanocnym karnawałem można by się zatrzymać jeszcze na wielu wydarzeniach, wspomnę tylko dość istotne i nie tylko sentymentalne spotkanie z przyjaciółmi z Tygodnika Powszechnego, czy też moją pierwszą w życiu dyskotekę ;) -w tej drugiej kwestii polecam odwiedzenie strony: www.pjw.org.pl , poświęconej temu wydarzeniu.

Pozwolę sobie pozostawić jednak wszystkie te wydarzenia Na boku, gdyż niewątpliwie ustępują one przed dzisiejszym świętem Niedzieli Miłosierdzia Bożego.

Miłosierdzie ma to do siebie, że wciąż jest przez nas wielką niezgłębioną tajemnicą i dlatego zawsze warto się nad nim pochylić. Zresztą myślę, że jeśli komuś zdawało by się, że wszystko już Na jego temat powiedziano, i jego świadomość już zgłębiła ów wątek, to… mogę go zapewnić, że o Bożym Miłosierdziu jeszcze nic nie wie, a co najwyżej skompletował sobie wizję własnego wyobrażenia tego co miłosierdziem nazywa.

Zresztą myślę, że z tym Miłosierdziem to my w Kościele mamy sporo problemu. Oj przed Faustynom to wszystko było prostsze. Popularna ówcześnie interpretacja ewangelii, która łatwo pomijała głębie przypowieści o Synu Marnotrawnym, dość wygodnie poukładała wizje „Boga Sprawiedliwego”, który przyjdzie na raz jeszcze po to aby się z nami policzyć… Przed Miłosierdziem mamy zresztą w naszym Kościele wiele strachu, no bo jak tu je pogodzić z ową sprawiedliwością? Z prawdą o grzechu? Czy zwyczajnie jak ustrzec się naiwnej jego interpretacji w myśl zasady, że „jeśli Bóg jest Miłosierny to wszystko mogę czynić, gdyż mi wszystko przebaczy”. W całym tym domorosłym teologicznym zamieszaniu oczywiście górę biorą nasze życiowe doświadczenia, które najłatwiej mogli byśmy scharakteryzować stwierdzeniem, że brak w nich głębokiego doświadczenia miłosierdzia i miłości międzyludzkiej. A skoro tej nie doświadczyliśmy, to miłość którą powinniśmy doświadczyć od Stwórcy łatwo będziemy interpretowali na wzór naszych własnych wyobrażeń, kompleksów i małostkowości.

Nie przypadkowo w dzisiejszej Ewangelii Chrystus mówi do swoich uczniów, że komu odpuszczą grzechy tym będą odpuszczone, czyli jednym słowem ustanawia sakrament pokuty i pojednania. Może warto zadać sobie pytanie na ile konfesjonał kojarzy się nam z Bogiem Miłosiernym a na ile z Bożym Sądem. Jestem przekonany, że w tym zjawisku powszechnego niezrozumienia sakramentu spowiedzi tkwi głębszy problem niezrozumienia Boga i Jego Miłosierdzia. Czyż nie jest tak, że właśnie paradoksalnie w imię Miłosierdzia Bożego człowiek zaczyna odrzucać sakrament – znak Jego Miłosierdzia, którym jest spowiedź?

Oczywiście bierze się to z całkowitego niezrozumienia czym spowiedź jest. Odważę się nawet postawić dość ostrą tezę, że spowiedź w naszym lokalno-Polskim Kościele jest chora. I to często chora podwójnie! Z jednej strony często szybka lakoniczna i niedbała, luba nawet być może (sic!) upokarzająca od strony spowiednika, z drugiej strony niedbała, powierzchowna i traktowana egoistyczno – prawnie przez penitenta. Co do pierwszego to warto przypomnieć, że nie tylko mamy prawo i obowiązek wybierać sobie dobrych spowiedników, ale ponadto warto się za nich modlić…

Co do drugiego to wiele by pisać…

Niektórzy księża cieszą się dość naiwnie, że przed świąteczne kolejki do konfesjonałów świadczą o żywotności naszego polskiego Kościoła. Cóż powinienem się chyba już przyzwyczaić, że to co jednych cieszy mnie często smuci… bo jak że cieszyć się z tego, że nasze owce trafiają przed kratki konfesjonału po długich miesiącach życia bez przystępowania do Komunii Świętej? I to o zgrozo często lekceważąc ją nie mając grzechu ciężkiego? Jakże się cieszyć z tego, że klękają przed kratkami konfesjonału, jak przed trybunałem sądowym, przymuszeni jedynie okolicznością świąt, kartką do podpisu czy śmiercią osoby bliskiej? Przecież oni nie są w stanie w ten sposób dostrzec Chrystusa miłosiernego w tym sakramencie, przecież oni czekają tylko Na mechaniczne odpuszczenie grzechów w celu uzyskania dobrego samopoczucia a nie głębi spotkania z Ojcem, który tęskni za nas i wypatruje każdego dnia.

Zdaję sobie sprawę, że moje pisanie może spotkać się ze „świętym” oburzeniem prawdopodobnie równoznacznym z niezrozumieniem moich tez. Nie sposób jednak prześwietlić i ukazać ich w kilku zdaniach w ramach komentarza blogowego. Dla pewnego potwierdzenia mojej diagnozy mam ochotę jeszcze włożyć kil w mrowisko, i zapytać czy mój drogi czytelniku zastanawiałeś się żad tym, że przeciętny „Polak katolik” nie jest wstanie rozróżnić grzechu ciężkiego od lekkiego?, że ludzie katechizowani przez szereg lat w naszych szkołach nie wiedzą czym jest grzech ciężki? …a skoro tak, to czy możemy mówić o jakimkolwiek przeżyciu sakramentu który właśnie od grzechu ciężkiego ma nas uwolnić?

Ufam że te kilka zdań nie wprowadziły zamętu, ani nie wywołały oburzenia, a jedynie zatrzymały nad tajemnicą poznawania tego który jest pełnią Miłosierdzia. Bo czy nie trzeba zacząć pojmowanie tej tajemnicy od uświadomienia sobie, że nie wiele jeszcze Na jej temat wiemy?

sobota, 28 marca 2009

Turniej...


Dzisiaj w Piotrkowie zakończyliśmy turniej piłki halowej grup ministrantów. Miłym było ogłoszenie trzech zwycięskich drużyn w rejonie Piotrkowsko – Tomaszowskim, którymi były zespoły z Parafii Św. Jadwigi w Tomaszowie Maz. Pewnie nie wypada podszywać się pod ducha sportowego mojego rodzinnego miasta, ale duchem rywalizacji zawsze można się pochwalić.

Wszystkim drużynom i osobom wspierającym organizacyjnie turniej wielce dziękuję, a zwycięzcom rodem z mojego rodzinnego miasta ;) życzę dalszych sukcesów … i to nie tylko sportowych.



piątek, 27 marca 2009

Dzień Teatru

Dzisiaj w ponad 100 krajach jest obchodzony Międzynarodowy Dzień Teatru. Autorem tegorocznego okolicznościowego orędzia z okazji tego święta jest Ludwik Flaszen. Podkreśla on niezastąpioną i ponadczasową rolę teatru w świecie.

Teatr jest doprawdy niezastąpiony i ponadczasowy. Paradoksalnie myślę, że wielkość teatru widoczna jest nie tyle w ogromnych i kosztownych –choć i pewnie potrzebnych- produkcjach, ale nade wszystko w kameralnych przedstawieniach przygotowanych przez pasjonatów. Nieprzecenioną rolę odgrywa on również w wszelkich działaniach edukacyjno – rozwojowych.

Nie ukrywam, że pomimo mojego prywatnego podziwu i zamiłowania do tego dzieła sztuki, sam nie miał bym odwagi, by w jakiejkolwiek formie nazwać się „człowiekiem teatru”.( …no chyba, że ktoś wytknie mi wszelkie formy gry, udawania i pozerstwa w codziennym życiu, ale to już nie sztuka artystyczna, a co najwyżej jakaś sztuka przetrwania w dzisiejszym świecie ;)

Biorąc pod uwagę tą moją świadomość, z wielką radością uczestniczyłem w Dniu Teatru zorganizowanym przez Stowarzyszenie BUSOLA dla artystycznie uzdolnionych dzieci. Zdając sobie sprawę jak wielce pracochłonną jest ta dziedzina sztuki, oraz jak wiele osób poświęca dla niej z pełną pasją swoje życie, z ogromnym wzruszeniem dane mi było również odebrać wyróżnienie i przepiękną statuetkę, BUSOLA 2009r. również teraz z nieśmiałością piszę o tym wyróżnieniu na które niewątpliwie zasługuje wiele osób, również w tym Piotrkowskim Grodzie. Przyjąłem je z wdzięcznością w imieniu tych wszystkich, którzy na nią zasługują, a którzy –jak zaznaczyli organizatorzy –„odznaczają się wielką charyzmą, która sprawia, że łatwiej odpowiedzieć Na wiele trudnych pytań oraz to, że Piotrków Trybunalski jest pełnym nadziei” …również tej festiwalowej.

Raz jeszcze kieruję w stronę Stowarzyszenia, ogromne podziękowania za pamięć i tak cenne wyróżnienie.