niedziela, 27 lutego 2011

Ku świętości

PS.

Tekst poniższy powinien ukazać się jako komentarz na poprzednią niedzielę (20 lutego), gdzieś się niestety zawieruszył, zapomniałem poddać go korekcie, ale pomimo to postanawiam go opublikować. Wszak Ewangelia przekracza kwestie czasu i zawsze jest aktualna :)

Kpł 19,1-2.17-18 Ps 103 1 Kor 3,16-23 Mt 5,38-48

„Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan Bóg wasz!” (Kapł 19) –te słowa wypowiedziane do Mojżesza są wyzwaniem dla każdego z nas. Poprzeczka tej świętości, którą dzisiaj w Ewangelii ukazuje Chrystus, jest tak wysoko postawiona, że prowadzi do swoistego dramatu.[1] Patrząc wszak pokornie na siebie i swój grzech. Widząc w prawdzie własną słabość. Wiemy jak daleko nam do tej Ewangelicznej świętości. Stajemy, zatem przed dramatem widząc, że naszym celem jest coś, czego po ludzku w pełni osiągnąć nie jesteśmy wstanie.


Ów chrześcijański dramat wynikający z wyzwania związanego ze świętością, może kreować w człowieku dwie, na pierwszy rzut oka sprzeczne ze sobą postawy.


Pierwszą można nazwać „odrzuceniem” świętości. Po co bowiem dążyć do czegoś, czego osiągnąć się nie da? A że się nie da to widzimy u „innych”, którzy są grzeszni i to przecież owi „inni” zazwyczaj są „bardziej grzeszni” od nas. Przy czym „oni” mówią, że dążą do „świętości”, a „my” w najmniejszym stopniu „nieobłudni” stwierdzamy, że święci nie jesteśmy i że jest nam z tym dobrze. A może nawet czujemy się „lepsi” od tych wszystkich „faryzeuszów” i „dewotów” mówiących, że dążą do świętości, choć grzech ich nie omija. „My” przynajmniej wprost stwierdzamy, że świętość nas mało interesuje, bo zresztą przecież jest niemal nieosiągalna.


Druga postawa jest czymś na wzór „faryzejskiej dewocji”. Chociaż zdawałaby się, że owa postawa jest całkowicie odmienną od poprzedniej, to źródła i efekty faryzejskiego pozoru są niemal identyczne. W tej postawie człowiek stwierdza, że skoro nie jest wstanie osiągnąć świętości całym swoim życiem, to warto przynajmniej stworzyć jej zewnętrzny obraz. Oczywiście nie jest to świętość Ewangelii, ale faryzeuszów zadufanych w swoje zewnętrzne praktyki i daleko jej do „miłowania własnych nieprzyjaciół”. Niewątpliwie taka postawa może również stworzyć w człowieku dobre samopoczucie, wynikające z tego, że jest lepszy od tych, którzy lekceważą i odrzucają Ewangelie.


Chrystus wzywa nas, byśmy byli „doskonali jak doskonały jest nasz Ojciec niebieski”. Oczywistym jest, że nie chce On byśmy „stali się bogami”. Mamy jednak być doskonali na własnym etapie pielgrzymowania. Mamy odkrywać tę Bożą doskonałość, aby być świętymi Jego świętością. Jak byśmy się nie starali nie będziemy idealni. Nie ma obawy - „nie staniemy się bogami”. Możemy jednak podążać drogą świętości, odkrywając własną słabość, walcząc z nią i czerpiąc z mocy i miłosierdzia Stwórcy. Biorąc pod uwagę, że Boga wciąż na nowo możemy odkrywać[2], to każdego dnia na nowo możemy stawać się świętymi. Owszem rzeczywista świętość często może być niedostrzegalna, gdyż daleka jest od zewnętrznych „faryzejskich dewocji”, ale zawsze będzie wypracowywana na kolanach, w trudzie własnego życia.[3] Bóg nie wymaga od nas rzeczy niemożliwych. Bądźmy świętymi tak jak On jest Świętym, Jego świętością. Choć często może to być niewidoczne to jednak warto ten trud umiłować…




[1] Trafnie wskazuje na ten dramat prof. Jacek Filek, który w wywiadzie dla ostatniego nr „Więzi” pisze: „Etos ewangeliczny postrzegam, jako bardzo wysoki (…) Myślę, że dramat człowieka wierzącego polega również na tym, że deklaruje on przyjęcie zadania, któremu żadną miarą nie jest w stanie sprostać” Jacek Filek, Andrzej Miszk, Bóg wśród ruin? (dyskutują Jacek Filek i Andrzej Miszk). Więź, nr 2-3 (628-629), 2011r., s.19.

[2] Por. Thomas Merton, Rok z Thomasem Mertonem (Codzienne medytacje), Kraków 2006r., s.36

[3] Życie w cieniu modlitwy zawsze było domeną ludzi wielkich i świętych. Obraz taki wyłania się również po wspomnieniach dotyczących niedawno zmarłego abp. Józefa Życińskiego. Por.: Maciej Muller, Tomasz Ponikło, Arcybiskup Cogito, Tygodnik Powszechny, nr 8 (3215) 2011r., s. 4-7.

sobota, 12 lutego 2011

Wolność darem nienaruszalnym

Po raz kolejny przekonałem się jak ważna jest „stałość” i „systematyczność”. Nie jest, bowiem łatwo powrócić do pisania tekstów po dłuższej przerwie spowodowanej praktyką tak zwanych wizyt duszpasterskich zwanych „kolędą”. Nie o kolędzie, czy wydarzeniach w Kościele z czasu minionego, chcę dzisiaj pisać. Postaram się powrócić do tego, co zdaje mi się najistotniejsze, czyli rozważania niedzielnego Słowa Bożego.

„(…) Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane. Ponieważ wielka jest mądrość Pana (…). Nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć.

Syr 15, 15-20

Bracia: Głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy tajemnicę mądrości, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, tę, której nie pojął żaden z władców tego świata (…)

1 Kor 2, 6-10

„Jezus powiedział do swoich uczniów: "Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. (…)

Ktokolwiek, więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim (…)

A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj. (…)
(…)
Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: «Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi». A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, (…). Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi".

Mt 5, 17-23

Myślę, że na przedstawione przez Ewangelistę Mateusza długie i na pozór skomplikowane nauczanie Chrystusa warto spojrzeć przez pryzmat słów zaczerpniętych z Księgi Syracydesa. Wówczas możemy głębiej odkryć piękno i subtelność granic naszej wolności.

Bóg kładzie przed nami „ogień” i „wodę”, „życie i śmierć”. My mamy wyciągnąć rękę po to, co zechcemy. Mamy wziąć to, co nam się podoba (por. Syr. 15, 15-20). Bóg daje nam wolność wyboru, ale oczywiście „nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć” (Syr. 15, 20). Zdanie to jest bardzo ważne, bo nadaje naszej wolności odpowiedni wymiar, którego nakreślenie ustrzeże nas przed złudnym mniemaniem, że skoro Bóg dał wybór, to obojętnym jest, z której półki zaczerpniemy. Bóg nie chce, bowiem byśmy wybrali „śmierć”, czy spłonęli w „ogniu”. Bóg daje nam jednak wolność wyboru.

Rozróżnienie „wolności” od naszej lekkomyślnej „swawoli”, wydaje się na tyle oczywiste, że pozwolę sobie przyjąć to za rzecz w miarę niepodważalną. Sam Chrystus „przyszedł nie po to by prawo znieść, ale je wypełnić”, i nikt nie ma prawa znieść Przykazań, czy moralności nawet w imię idei własnego poczucia wolności. (por. Mt. 17)

Jest jednak chyba rzeczą bardziej delikatną nasz stosunek do wolności innych. Gdzie są, bowiem granice wolności „drugiego”? Często zdarza się, że pod pozorem bardziej lub mniej subiektywnie pojętej „prawdy”, chcielibyśmy innym narzucić nasz, wydawałoby się jedynie słuszny tok postępowania i myślenia. Oczywiście nie podważam obiektywnego nauczania Ewangelii. Nie podważam faktu, że „życie” jest „życiem”, a „śmierć”, „śmiercią”. Nie neguje prawdy, iż Wolą Bożą jest byśmy przestrzegali Przykazań i wybierali „życie”, że Bóg nie chce naszego wyboru grzechu. Czy jednak i do jakiego stopnia mamy prawo narzucać innym nasz sposób myślenia? Czy mamy prawo wytoczyć ścisłe granice wolności „drugiego”? A jeśli je nakreślimy i wyegzekwujemy ich przestrzeganie, to czy ów „drugi” będzie jeszcze wolny? A jeśli wolny już nie będzie to czy będzie to zgodne z wolą Najwyższego? A są przecież tacy, którzy w imię własnego subiektywnego rozumienia Ewangelii, wszystkich co się z nimi w czymkolwiek-również poza Ewangelią- nie zgadzają chętnie ułożyliby na jednym „gehennowym” stosie. Wykorzystując do swojej ideologii niejednokrotnie opacznie rozumiane wezwania Chrystusa abyśmy byli „tak, tak; nie, nie”.

Rodzą się w tym kontekście pytania o przyzwolenie na „zło” i działanie „złoczyńcy”. Oczywiście zła i krzywdy lekceważyć nie możemy. Mało tego. Zawsze musimy się jemu przeciwstawiać. Ale czy takie przeciwstawianie ma być jednoznaczne z ograniczeniem wolności „drugiego”?

Żeby uchwycić tę granicę ludzkiej wolności, warto przyjrzeć się subtelnej różnicy pomiędzy potępieniem grzechu, a potępieniem grzesznika. Bardzo trudno odróżnić nam czyn od człowieka. Poniekąd, dlatego, że czyn ludzki również jakoś konstytuuje jego twórcę. Jednakże zło i złoczyńca to dwie różne rzeczywistości. Nawet, jeśli rzeczą oczywistą się zdaje iż jedno bez drugiego istnieć nie może.

Bóg jednak do niczego nas nie zmusza. On daje nam propozycje. Wciąż słyszymy Jego, „jeśli chcesz”. Nie obraża się na nasz wybór. „Nie łamie trzciny nadłamanej”, a co najwyżej nad tą trzciną płacze. Bóg dał nam wolność wyboru. Zatem w imię, czego, lub kogo chcielibyśmy ją odbierać innym?

Dochowujmy wierności Prawu. Wybierajmy „życie”. Uczmy tej Ewangelicznej drogi innych, ale uważajmy przed zbyt pochopnym wykrzykiwaniem „raka”, czy „bezbożniku”, gdyż nie bez przyczyny Chrystus wskazuje, iż doprowadzi nas to do ognia piekielnego.

Patrzmy na ludzkie czyny i owoce. Wskazujmy zło. Pokazujmy zagrożenie „śmierci”, ale nie potępiajmy człowieka. Nie mieszajmy go z błotem w imię swoich ideologii. Parafrazując śp. Ks. Arcybiskupa Józefa Życińskiego można by rzec: strzeżmy się przed „mentalnością czołgisty, dla którego świat jest albo płaski, albo do zbombardowania”.

Może trzeba nabrać pokory. Pogodzić się z tym, że do końca nie poznamy wszystkiego. Że wyzwalająca prawda nam się ukazuje, ale nie jesteśmy jej właścicielami. Że życia się wciąż uczymy i uczymy się, czym jest wolność, którą Bóg dał, „ponieważ wielka jest mądrość Pana” (Syr. 15). Uczmy się tej mądrości. Nie mądrości świata i jego władców, ale mądrości ukrytej, którą nie pojął żaden z władców tego świata (por. 1 Kor. 2). Tylko w tej Bożej Mądrości możemy zrozumieć piękno i granice naszej ludzkiej wolności, w której nie ma lęku i pokusy panowania nad „drugim”. Mądrości, w której nie ma pobłażliwości dla „zła”, ale jest szacunek i miłość nawet do „zło czyniącego”.

Aby zrozumieć mądrość i logikę Ewangelii, musimy podjąć duży wysiłek. Potrzeba nam wiele „stałości” i „systematyczności”, by wciąż na nowo, na kolanach, odkrywać piękno człowieczeństwa i ludzkiej wolności. Czego sobie i Tobie drogi czytelniku życzę.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Nasze cele i plany

Na początku było Słowo, (…) W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, (..) Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, (…) Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał.

J. 1

„Na początku było Słowo…” to pierwsze zdanie Ewangelii Janowej powinno być dla nas swoistym kompasem w naszej ziemskiej wędrówce. Ewangelista ukazuje nam, bowiem „Logos” – sens i istotę naszego życia. „Słowo” jest nie tylko przyczyną, Stwórcą świata, ale również jego Światłością, która powinna być przez ów świat, czyli przez nas przyjęta. To „Słowo” powinno być również celem tego świata, czyli nas samych.

Paradoksalnie możemy zauważyć, że ów Cel naszych wysiłków i działań często się nam wymyka. Dzieje się to najczęściej wówczas, kiedy zbytnio skupiamy się na środkach służących do osiągnięcia tego Celu i stają się one już „celem samym w sobie”.

Dlatego dobrze, że z początkiem nowego roku wracamy do tych słów będących naszym kompasem. Na początku… było Słowo – Chrystus nasz Cel. A gdzie jesteśmy teraz i czy przypadkiem nie zdarza nam się nam skupić jedynie na środkach osiągnięcia tego Celu? Często powtarzamy, że Bóg kazał nam czynić sobie ziemię poddaną, ale przecież, jako środek dojścia do Niego, a czy nie staje się to przypadkiem „celem samym w sobie”?

Przecież musimy pamiętać, że jeśli środki do osiągnięcia celu staną się „celem”, to wówczas już jeden krok do doktryny, że cel owe środki uświęca. Wtedy jednak już nawet nie wiele będziemy mieli wspólnego z niedociągnięciami Chrześcijaństwa, ale stworzymy coś, co trzeba nazwać anty chrześcijaństwem.

    sobota, 1 stycznia 2011

    Refleksja Noworoczna, czyli myśl poważna z przymrużeniem oka ;)

    Jest niesamowitym bogactwem, że dzisiaj w Kościele, w pierwszy dzień nowego roku, czcimy Świętą Bożą Rodzicielkę. Ta Maryjna uroczystość raz jeszcze zatrzymuje nas nad tajemnicą wcielenia. W ten sposób u początku roku, czyli umownego etapu przemijającego czasu, staje w centrum ten, Który w ten czas wkroczył. Ten, który jest Panem czasu. Ten, który jest w Centrum wszechświata i powinien być w Centrum naszego życia.

    Oczywiście nie jest to łatwy proces stawiania Chrystusa w Centrum naszej codzienności. I jak to z rzeczami ważnymi bywa łatwiej nam o nich mówić niż je czynić. Może jednak na progu tego 2011 roku warto podjąć takie postanowienie i refleksję. Postanowienie kształtowania Centrum, w którym jest sam Jezus i refleksję, jak do tej pory nam to wychodzi i czy rzeczywiście potrafimy podporządkować wszystko naszemu Stwórcy.

    Jak sprawdzić autentyczność naszej wiary, która powinna kształtować się wokół tego Centrum? Pewnie trzeba sobie zadać pytanie, jaki był początek naszej pracy nad tym zagadnieniem, czyli jak ów rok rozpoczęliśmy. Proponuję taki zaobserwowany test, który może nam wykazać owo zaangażowanie. Powiadają, bowiem, że nasze zaniedbania w tym względzie często się objawiają porannym, noworocznym bólem głowy. U niektórych następuje on z chwilą wstania, co można zaobserwować w granicach południa. Oczywiście są wyjątki od reguły i ból głowy lub jego brak może być niezależny od formy rozpoczynania roku, no ale powiadają, że wyjątki potwierdzają regułę.

    Zatem jeśli zdarzyło Ci się obudzić dzisiaj czując że roztrzaskuje się Twoja głowa, to warto zadać sobie pytanie co jest w Twoim Centrum życia :) Oczywiście rok cały, a nawet i życie mamy na kształtowanie owego Centrum Chrystusowego. Nie traćmy jednak czasu. No bo po co mamy narzekać na ból głowy, wszak może być i taniej i zdrowiej…

    Wszystkim, życzę Błogosławionego, czyli szczęśliwego Nowego 2011 Roku :)

    poniedziałek, 27 grudnia 2010

    Chrystus w gospodzie

    W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. (…) Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. Łk.2

    Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo (…) lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. J.1

    „Słowo stało się ciałem”. Jakże niepojęte to wydarzenie, że Bóg w taki sposób wkracza w świat. Bóg stworzyciel wszechświata, wszechpotężny i niczym nieograniczony. On staje się człowiekiem. Wszystko to dzieje się z miłości do nas ludzi. Skoro sam Bóg staje się jednym z nas. Podobnym do nas we wszystkim oprócz grzechu, warto sobie wciąż na nowo uświadamiać, że tej miłości Boga do nas nic już nie jest w stanie zmienić i zakłócić.

    Bóg stając się Człowiekiem chce nam pokazać, że nie jesteśmy nu obojętni, że on chce wkraczać w nasze życie. Jednakże historia nam pokazuje, że to wkraczanie Boga w ziemską rzeczywistość nie jest wcale takie proste. Chociaż On jest Stwórcą świata, to ten „świat Go nie poznał i nie przyjął”. Maryja „porodziła swego Syna(…) i położyła w żłobie, gdyż nie było dla niech miejsca w gospodzie”. Myślę, że ten historyczny fakt „braku miejsca dla Chrystusa”, powinien być dla nas nie tylko przestrogą, ale również wskazówką.

    Nie wiemy, dlaczego w gospodzie zabrakło miejsca dla Jezusa. Nie wiemy, dlaczego współcześni mu nie zauważyli Jego przyjścia na świat. Wiemy jednak, że taka forma „odrzucenia” Boga zdarza się również w naszym życiu. Może właśnie dzisiaj powinniśmy zadać sobie pytanie, czy potrafimy dostrzec działanie Boga w naszej codzienności i czy potrafimy „na oścież otworzyć Jemu drzwi”. Tak, aby świadectwo naszej wiary było obecne w całym naszym życiu. W miejscu pracy i odpoczynku. Czy rzeczywiście jesteśmy Jego świadkami bez względu na to, co czynimy?

    Oczywiście nie powinniśmy się dać zwieść w pułapkę zatrzymania się na jakimś zewnętrznym znaku. Nie chodzi nam, bowiem tylko o jakąś zewnętrzną tradycję obrzędów religijnych. Tutaj chodzi o coś zdecydowanie więcej. Gesty mogą być czasami puste i niewiele znaczące. Można wystawiać pomniki i krzyże, i może to nie wiele znaczyć. Oczywiście w żadnym wypadku nie występuję przeciwko obecności tych znaków i obrzędów w sferze publicznej naszego życia. Trzeba jednak zadać pytanie, czy to, co zewnętrzne i naznaczone przepisami tradycji, jest tym co wystarcza za wszystko inne.

    Nie wiemy, dlaczego zabrakło miejsca dla Jezusa w gospodzie. Biorąc pod uwagę, że ci, którzy nie zauważyli Jezusa nie byli jakimiś ateistami, czy zepsutymi ludźmi. Możemy się pokusić o pewną hipotezę, że niemal wszyscy byli zajęci dbałością o własną czystość rytualną. Ci ludzie, którzy zajmowali gospodę byli najprawdopodobniej bardzo religijnymi Żydami. Być może bali się przyjąć Maryi pod dach, właśnie dlatego, że miał przyjść Jej czas rozwiązania, a wówczas wielu z nich mogło by zaciągnąć zewnętrzną nieczystość. Niewykluczone, że nie jeden nie chciał ustąpić miejsca w gospodzie i spędzić nocy poza jej granicami, aby przez przypadek nie spotkać jakiegoś poganina i nie zaciągnąć podobnej nieczystości. Można bowiem tak bardzo dbać o „swoją religijność” i „przestrzeganie prawa”, że można nie zauważyć przychodzącego Boga

    Można również dzisiaj wystawiać pomniki i krzyże. Można być tak bardzo zajętym ich pilnowaniem, że nie zauważymy tego co najważniejsze. Samego Chrystusa. Oczywistym jest, że nie da się rozwiązać tego problemu eliminując naszą zewnętrzną religijność i tradycję. Taka postawa nie tylko nie pozwoliła by nam rozpoznać Chrystusa, a dodatkowo zniosła by wszystkie drogowskazy, które na Niego wskazują. Zatem zlikwidowanie znaków i obrzędów religijnych z naszego życia nie jest rozwiązaniem problemu, a często tylko jego spotęgowaniem.

    Co zatem powinniśmy czynić by rozpoznać nadchodzącego Boga i przyjąć go do swojego życia? Niewątpliwie przede wszystkim powinniśmy starać się uchwycić istotę naszej religijności i tradycji, aby nie zamknąć się pod skorupą zewnętrzności i pozorów. Musimy wiedzieć, czemu nasza religijność ma służyć, że nie jest ona celem samym w sobie. Nie jest to zadanie łatwe. Wymaga ono często przemiany naszego serca, nawet za cenę zburzenia dotychczasowych wyobrażeń o Bogu i naszej religijności. Wówczas będziemy mogli świadczyć o Ewangelii bez względu na to, kim jesteśmy i gdzie jesteśmy. I to będzie najpełniejsze zrobienie miejsca Chrystusowi w naszej ludzkiej „gospodzie” „

    niedziela, 26 grudnia 2010

    Spotkać Boga przy stole

    W internetowym miesięczniku „Wywiadowca” ukazał się mój krótki tekst: „Spotkać Boga przy stole”. Biorąc pod uwagę pokrewieństwo tematu względem mojej poprzedniej „notki”, pozostawiam do niego link. Nie przytaczam go w całości, gdyż był pisany pod kątem grona harcerskiego, jednakże jest na tyle uniwersalny, że mogę go za proponować, jako lekturę.

    Tym, co najbardziej kojarzy mi się ze Świętami Bożego Narodzenia, jest słowo „stół”. (…) Niestety można czasami odnieść wrażenie, że stół przestaje być narzędziem spotkania, a staje się przedmiotem samo dowartościowania. więcej...

    czwartek, 23 grudnia 2010

    Zasiądźmy wspólnie do wigilijnego stołu

    Stół wigilijny ma w sobie coś uniwersalnego. I to nie tylko, dlatego że zasiadają do niego w naszym kraju niemal wszyscy. Bez względu na przynależność partyjną, czy społeczną. Wierzący i niewierzący. Po prostu praktycznie każdy. A jeśli nawet słyszymy o takich, którzy zasiąść do niego nie mogą to oczywiście wzbiera w nas litość i współczucie. Wigilia w naszym kraju to taki czas, kiedy nikt nie powinien być sam. Z tego założenia wziął się również tak ważny symbol pustego miejsca przy stole pozostawionego dla niespodziewanego wędrowca.

    Dla nas chrześcijan, ów wigilijny stół ma znaczenie szczególne. Jest on nie tylko istotnym symbol życia rodzinnego, dialogu, rozmowy, spotkania i przebywania z sobą. To również stół „ofiarny”. Stół rodzinny powinien być zawsze przedłużeniem stołu Eucharystycznego. Tak jak pierwsi chrześcijanie gromadzili się na ucztach agape, tak my gromadzimy się przy naszych stołach.

    Myślę, że ta świadomość powinna nam mocno towarzyszyć przy wieczerzy wigilijnej. Nie chodzi oczywiście o to, aby nasza wigilijna kolacja zamieniła się w sztuczne i pompatyczne wydarzenie para liturgiczne. Wzorem dla nas powinien być Chrystus, którego na kartach ewangelii często widzimy właśnie za stołem. A że nie były to rzadkie sytuacje wiemy, gdyż sami faryzeusze wyrzucali mu to, że jest „żarłokiem” i „pijakiem”. Chrystus daje nam wzór budowania relacji międzyludzkich. Tym, którzy zapraszali go w gościnę nigdy nie odmawiał. Siadał do stołu nawet z tym, których uznalibyśmy za niegodnych czy zdrajców. Byli tacy, którzy przychodzili do niego nocom i tacy, którzy wspólne biesiadowanie łączyli z kontemplacją jego osoby. A wszystko zmierzało do stołu w wieczerniku. Do ołtarza. Ofiary Chrystusa na krzyżu, którą złożył za wszystkich, tych „godnych” i „niegodnych”, „grzesznych” i „prawych”. Na tym ołtarzu Jezus dopełnił wszystkiego.

    Nasz stół wigilijny niech będzie pełen radości wypływającej z faktu przyjścia Boga na ziemię. Niech będzie również wzorem tego stołu, przy którym zasiadał Chrystus. Niech nie będzie nieobecnych i „wykluczonych”. Tradycyjnie pozostawione wolne miejsce niech nie będzie tylko pustym symbolem. Nie chodzi mi o konieczność przygarnięcia jakiegoś „nędzarza”, choć niewątpliwie warto się zainteresować, czy przypadkiem nasza sąsiadka nie jest w tym czasie całkowicie sama i opuszczona.

    Chodzi mi w tym miejscu o nieco głębszy wymiar spotkania. Żyjemy w społeczeństwie, które bardzo łatwo „wyklucza” ze swojego życia własnych przeciwników i oponentów. Widać to w świecie polityki, jak również w naszych relacjach sąsiedzkich. Często nie potrafimy się słuchać i kompletnie się nie rozumiemy. Wówczas łatwo jest odmówić komuś „polskości”, „rozsądku”, „poczucia rzeczywistości” czy nawet „dobrej woli”. Łatwo nam wówczas przyklejać łatkę „oszołoma”, „liberała”, „mohera”, „faszysty” czy „masona”. To przecież są nasi bracia „wykluczeni”. I to „wykluczeni” przez nas. Dlatego może warto zaprosić ich do wspólnego stołu. Przecież powinno tam być zawsze dla nich wolne miejsce.

    Postawa jedności powinna oczywiście być widoczna najpierw w gronie najbliższej rodziny. Jeśli tam brakłoby miłości, to wydaje się nieroztropnym zapraszać do niej w gościnę przybysza. Wówczas mogłoby się okazać, że usadzimy go w samym środku „piekła”. Dlatego spójrzmy dzisiaj na nasze więzy rodzinne. Spójrzmy również na nasze więzy chrześcijańskie i te w gronie Kościoła Katolickiego.

    Na temat jedności w Polskim Kościele pisał w swoim liście O. Ludwik Wiśniewski OP. Wielu miało mu za złe, że szuka dziury w całym, że osłabia Kościół i że list został opublikowany w przedświątecznym czasie, aby zburzyć atmosferę tych świąt. Osobiście myślę, że te zarzuty były bardzo krzywdzące i wynikały z całkowitego niezrozumienia autora listu, który kierował się autentyczną troską o Polski Kościół. Kościół, który niestety jakoś niespostrzeżenie się podzielił i doszło w nim do wzajemnych „wykluczeń”.

    Może właśnie wigilijny wieczór powinien stać się wieczorem jedności. Wszak gromadzimy się przy stole, aby radować się z przyjścia Pana. A On przyszedł do wszystkich bez wyjątku. Czy zatem jest przy naszym stole miejsce dla naszych oponentów? Dla tych, których nie lubimy i z którymi się nie zgadzamy? Czy potrafimy ogarnąć ich swoją modlitwą? Oczywiście nie tą faryzejską w formie, „aby się drań i grzesznik w końcu nawrócił i zmienił swoje życie i żył tak wspaniale jak ja”, ale tą Ewangeliczną: „abyśmy wspólnie poznali Wcielonego Pana i kroczyli jego drogami. Abyśmy wspólnie potrafili zmieniać własne życie krocząc drogą prawdy Chrystusowej”. „Aby nastała jedna owczarnia i jeden Pasterz, a wówczas wszyscy poznają, że do Niego należymy i poznają jak bardzo On umiłował świat. Że Syna Swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy miał w Nim życie wieczne.”