sobota, 18 grudnia 2010

Szymon Hołownia (trochę) się myli

Szymon Hołownia na swoim blogu snuje dość osobiste, ale i wnikliwe refleksje na temat listu ojca Ludwika Wiśniewskiego OP do nuncjusza. Paradoksalnie zgadzam się z Hołownią w jego spojrzeniu na rzeczywistość Kościoła i podpisuję się pod stwierdzeniem, że „łatwo pomylić objawy z przyczynami”. Wypunktowane przez O. Wiśniewskiego „kłopoty” Kościoła są de facto „skutkiem” innych „przyczyn” -zaniedbań. Ale nie zmienia to faktu, że te „skutki” nie będą „przyczyną”, jeszcze pokaźniejszych „skutków”, które staną się jeszcze poważniejszym kłopotem.

Nie chcąc przytaczać innych ciekawych stwierdzeń autora blogu, odsyłam do jego oryginału, gdyż tekst niewątpliwie wart jest uwagi.

Szymon Hołownia jednak zdaje się wątpić w sens pisania listu przez O. Wiśniewskiego, gdyż jak stwierdza: „biskupi mieć go będą serdecznie w nosie”. A postulowane przez autora listu debaty nie rozwiążą problemów Kościoła. Owszem same w sobie nie będą w stanie rozwiązać problemów, ale mogą się przyczynić do ich zdiagnozowania i działania w stronę ich rozwiązywania. W sumie sam Hołownia stwierdził, że „ludzi myślących tak jak o Ludwik jest (…) całkiem sporo, nie mają jednak forum, na którym mogliby się swoimi spostrzeżeniami podzielić”.

Oczywiście, jako duszpasterz wiem jak ważne jest niesienie Ewangelii we wspólnotach parafialnych. Wiem, że problemy kościoła powinni rozwiązywać „proboszczowie i wikariusze, którzy będą umieli spotkać swoich wiernych z Panem Bogiem i uznają to za ważniejsze niż głoszenie im pochwał Prezesa tej czy innej partii.” Tak ten problem można rozwiązać tylko na poziomie edukacji i indywidualnego spotkania wiernych we wspólnocie z Chrystusem. Jednak, jako ksiądz pracujący na parafii wiem jak to wszystko jest trudne w sytuacji, gdy „Polski Kościół stoi na głowie”. Zresztą myślę, że Szymon Hołownia, jako człowiek stąpający mocno po ziemi wie jak dużo jest „głupich kazań” i jak łatwo „niektórym księżom po Smoleńsku regularnie odbiło”. Dlatego jakaś forma debaty jest potrzebna.

Oczywiście nie sama debata dla debaty, takiej jałowości w Kościele mamy dość sporo. Powstają, co roku opasłe „programy duszpasterskie”, których nikt nie czyta. A przecież „mądre głowy” je pisują i niby „debatują”. Nawet ostatnio (w pierwszą niedziele adwentu) został ogłoszony trzy letni (sic!) Program duszpasterski „ Kościół szkołom i domem komunii”, którego celem ma być m.in. uczestnictwo świeckich w radach diecezjalnych i parafialnych. Cóż znów powstanie kolejna gruba książka. (tak jak by nie można było zwyczajnie i zgodnie z Prawem Kanonicznym nakazać stworzenia takich rad!) Zatem może będziemy mieli erzac dyskusji i to wszystko… Na prawdziwą krytyczną, twórczą i odważną debatę nie będzie miejsca ni czasu. Po prostu świeckich za bardzo to już nie interesuje, gdyż skutecznie pokazujemy im „gdzie jest ich miejsce” i że „nie powinni wtrącać nosa w nie swoje sprawy” (tak jak próbuje się to pokazać również o. Wiśniewskiemu). Ci duchowni, którzy mieli by coś do powiedzenia nie zostaną w ogóle zapytani, a poza tym nie mają czasu na polemiki gdyż często są urobieni „po łokcie” w duszpasterstwie. Zabiorą głos wszyscy, którym wygodne jest utrzymanie status quo i okopanie się w twierdzy budując własną „krainę schorowanej wyobraźni”, –dlaczego? No to właśnie może jest również temat na szerszą analizę i debatę. Także po to by pomóc tym biednym wylęknionym ludziom, którzy pogubili się w odróżnianiu Ewangelii od własnej ideologii. Aby zrobić wszystko by „Kościół nie stał na głowie”.

Zatem myślę Szymonie, że jest potrzebna i edukacja, i ewangelizacja, i debata, jak również modlitwa. Zresztą uważam, że dość istotne miejsce powinna w Tel debacie mieć TV Religia. Zatem może nie warto czekać do „następnego narodowego kataklizmu albo Wielkanocy (bo u nas –jak sam zauważa Szymon Hołownia-wszystkie kościelne skandale i para skandale idą rytmem świąt kościelnych)”.


tekst ten został przeze mnie opublikowany na: redakcja.newsweek.pl -i tam głównie zapraszam do dyskusji

sobota, 11 grudnia 2010

Gdze jest Mesjasz?

III Niedziela Adwentu

Iz 35,1-6a.10 Ps 146 Jk 5,7-10 Mt 11,2-11

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: ‹‹Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?››. Jezus im odpowiedział: ‹‹Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, co we Mnie nie zwątpi››.

Gdy oni odeszli, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: ‹‹Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? (…) Po coście wyszli? Proroka zobaczyć? Tak powiadam wam więcej niż proroka. (…) Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela (…)››.

Mt 11

Gdzież podział się ten twardy, pewny siebie, w wielbłądzią skórę ubrany Jan Chrzciciel? Dzisiaj możemy podejrzeć Proroka w innej przestrzeni samotności niż pustynna grota. Jan w więzieniu jawi się, jako ten, który traci pewność siebie, a już z pewnością bardzo martwi się o swoich uczniów. W celu utwierdzenia ich i swojej wiary wysyła uczniów do Chrystusa z zapytaniem czy to On jest Mesjaszem? Możemy się domyślać, że Jan i jego uczniowie inaczej wyobrażali sobie mesjańską działalność Chrystusa. Jak można pogodzić jawną niesprawiedliwość uwięzienia Proroka z bezczynnością Mesjasza? Przecież Chrystus miał swoich uczniów, chodziły za nim tłumy, miał moc uzdrawiania, wskrzeszania zmarłych i siłę wypowiadanego słowa. Przecież nawet, jeśli nie chciał wszczynać zbrojnej rewolty mógł przynajmniej pójść i upomnieć się o niesprawiedliwie więzionego Jana Chrzciciela. Wydaje się, że powinien to upominając się o oddanego mu Proroka, który na dodatek był jego krewnym.

Chrystus natomiast znów zaskakuje. Działa całkowicie wbrew naszym ludzkim wyobrażeniom i poczuciu sprawiedliwości. Karze oceniać swoje czyny i oznajmia, że „błogosławiony jest ten, kto we Niego nie zwątpił”. Patrząc na tę historię mamy wrażenie, że Chrystus wykazując obojętność względem uwięzionego Jana Chrzciciela wymaga od niego i jego uczniów wiary ponad ludzkie siły.

Jeszcze bardziej tajemniczo brzmią słowa Chrystusa względem pozostałych słuchaczy, kiedy zadaje im pytanie o ich stosunek do Jana:, „Kogo przyszliście oglądać? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Proroka?”

Jezus chce skruszyć nasze ludzkie wyobrażenia o Nim jako Mesjaszu, chce ukazać jak często błędnie wyobrażamy sobie Boga i jego obietnice. My, bowiem zawsze posiadamy swoją wizję, co do Boga, jego działania i sprawiedliwości. Chętnie byśmy napisali swój scenariusz działalności Mesjasza. Nie jeden okrutny totalitarny system powstał przecież z chęci uczynienia sprawiedliwości i równości na ziemi. I nie jeden zbrodniarz wojenny był przekonany o swojej „zbawczej” misji. Nawet te nasze, wydawałoby się, poprawne i „pobożne” pomysły na wizję świata sprawiedliwego mogą okazać się wielką utopią. Ludzie szli z ciekawości zobaczyć Proroka na pustyni i wyobrażali go sobie, jako filozofa „w miękkie szaty ubranego”, delikatnego, nawiedzonego mistyka wyglądającego niczym „trzcina chwiejąca się na wietrze”. Widzieli jednak twardego pewnego siebie męża głoszącego przyjście Mesjasza. Może nie jeden już wtedy czuł się zgorszony brakiem wydłużonych frędzli przy szatach janowych? A teraz, kiedy widzieli go opuszczonego w więzieniu mogli jeszcze utwierdzić się w własnych przekonaniach co do jego zbyt rygorystycznego nauczania.

Jezus wie, że kruszenie naszych wizji i wyobrażeń dotyczących Boga może przynieść niepewność, pustkę a nawet cierpienie. To dlatego dzisiaj Św. Jakub w swoim liście wzywa nas :„trwajcie cierpliwie bracia”, czyli znoście wytrwale cierpienia i miejcie nadzieję.

Jan Chrzciciel miał prawo przeżywać poczucie opuszczenia i braku sensu swojej dotychczasowej działalności. Być może dotknął go stan, który współcześnie nazwalibyśmy depresją. Wszystko się załamało. Jest całkowicie bezbronny, jego plany i marzenia na odbudowę Królestwa Izraela legły w gruzach. Jan jednak nie traci do końca nadziei. Posyła on swoich uczniów do Chrystusa. Jego nadzieja jest, bowiem w Chrystusie jako Mesjaszu. Wbrew pozorom Jezusowi nie jest obojętne cierpienie Jana Chrzciciela. On zna Jego serce bardziej, niż ktokolwiek. Dlatego daje o nim świadectwo, mówiąc, „między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela”. Tego opuszczonego, niezrozumianego, samotnego i na wpół załamanego Proroka.

I wbrew pozorom, my również mamy prawo do wątpliwości i załamania. To nie nasze poczucie zniechęcenia, opuszczenia czy depresja ma nas dyskwalifikować. Nawet trzeba powiedzieć, że jeśli chcemy skruszyć nasze fałszywe wyobrażenia Boga i chcemy poznać prawdę o Jego miłości, to nasze cierpienie wewnętrzne ma prawo przyjść. Ale pamiętajmy, żeby tak jak Jan Chrzciciel zawsze mieć nadzieję w Chrystusie i wciąż pytać Go o tajemnice jego odkupienia, tajemnicę wcielenia i zwycięstwa na krzyżu. „Błogosławiony jest, bowiem ten, kto w Niego nie zwątpi”. I w tym zaufaniu może dopiero okazać się nasza wielkość.

sobota, 4 grudnia 2010

Nasze ludzkie usprawiedliwienia

II Niedziela Adwentu


A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im:

‹‹Plemię żmijowe, kto wam pokazał jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie, więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie sobie, że możecie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi (…) Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.

Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz ten, który idzie za mną mocniejszy jest ode mnie; (…) On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem.››

Mt. 3



Iz 11,1–10 Ps 72 Rz 15,4–9 Mt 3,1–12

Jan nie przebiera w słowach, nie stara się używać „dyplomacji”, „półprawd”, czy „tanich zachęt”. Ostro nawołuje nas wszystkich do nawrócenia. Wszystkich, czyli również Ciebie i mnie. Ten głos wołającego na pustyni ma w sobie coś uniwersalnego, gdyż pustynia naszych serc jest nieprzemijająca.

Może właśnie dzisiaj rzeczą dla nas najważniejszą jest dostrzec tę pustynie w nas samych, bowiem w przeciwnym razie będziemy przekonani, że słowa Proroka kierowane są tylko do nich: wszystkich, którzy wydają się nam odmieni i niedoskonali. Do nich, czyli do Żydów faryzeuszów uczonych w piśmie. Do tych wszystkich obłudników, lewaków, dewotów, i …-tutaj wielu można by wymieniać: teściową, żonę, męża, szefa w pracy czy nieuczciwego pracownika. Księdza, polityka (z jednej i drugiej opcji), nieobiektywnego dziennikarza, leniwego robotnika, czy „krwiopijczego” pracodawcę. W tych „onych” zmieszczą się wszyscy, których nie lubimy i z którymi się nie zgadzamy.

Niewątpliwie św. Jan na tyle znał ludzką naturę, że był świadomy jej zakłamania. Wiedział jak bardzo może być niedostępne ludzkie serce. Znał bogaty wachlarz samousprawiedliwień, którymi każdy z nas dysponuje w obfitości. Dlatego przestrzega nas: ‹‹nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”››. Faryzeusze i saduceusze byli przekonani o swojej wyjątkowości dzięki własnemu pochodzeniu, dzięki poczuciu bycia „narodem wybranym”. Oni byli pewni, że są lepsi od „innych” trwających w błędzie i kłamstwie. Oni posiadali „prawdę” i „racje”. Ich przepustką do „raju” było ich pochodzenie, dzięki, któremu mogli czuć się lepszymi od całego świata.

Myślę, że każdy z nas powinien zadać sobie pytanie, co jest moją zasłoną przed dostrzeżeniem własnego grzechu i nędzy? W jaki sposób próbuje kreować mniemanie własnej wielkości w celu ukierunkowania wezwania do nawrócenia w stronę innych?

Poczucie „posiadania Abrahama za ojca” może skrywać się pod bardzo różnymi płaszczami. Człowiek może przecież być przekonanym, że jego „usprawiedliwieniem” może stać się poczucie przynależności do Kościoła Katolickiego, jak również poczucie, że z tym „obłudnym” Kościołem nie ma się nic do czynienia. Można mniemać, że skoro zostałem ochrzczony przyjąłem kiedyś jakieś sakramenty to sprawa załatwiona i mogę spać spokojnie –przecież nawet raz w roku się spowiadam i od czasu do czasu chodzę na niedzielną Msze Świętą. Oczywiście, że nie w każdą niedzielę gdyż nie jestem dewotą i czuję się lepszy od tych wszystkich biegających do świątyni, bo co z tego, że „biegną na Msze a potem żonę biją?”. A może czuję się lepszy, bo właśnie chodzę, co niedzielę do kościoła a nie jestem tak okropny jak ci wszyscy „wierzący a niepraktykujący”.

Łatwo jest zbudować samousprawiedliwienie i poczucie bycia lepszym a wówczas innych nawoływać do nawrócenia, ale Jan budzi nas z tego letargu i zapowiada konieczność oczyszczenia w ogniu.

Często ten ogień dotyka naszej duszy, a że jest on bolesny próbujemy jeszcze bardziej zbudować bezpieczne poczucie bycia lepszym od całego tego złego świata. Bóg zsyła na nas przeciwności, odczucie słabości, dopuszcza cierpienie a nawet zezwala na nasze depresje. Paradoksalnie nasze ludzkie „wypalenie”, poczucie niedoskonałości i grzechu może stać się dla nas wybawieniem. Bo dopiero kiedy siebie poznamy takimi, jakimi jesteśmy, kiedy doznamy własnej małości i słabości, wówczas pozostanie nam już tylko Chrystus, i wiemy, że tylko na Niego możemy liczyć, a nie na to że „mamy Abrahama za ojca…”

sobota, 27 listopada 2010

"Czuwać" czy "oczekiwać"?

I niedziela Adwentu, rok A

Iz 2, 1-5; Rz 13, 11-14; Mt 24, 37-44

„Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej na przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swojego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” Mt.24

Fenomen postawy „czuwania”, zakłada w sobie również zjawisko „oczekiwania”. Prawdą jest oczywiście, że ktoś może „oczekiwać” i kompletnie nic nie mieć wspólnego z postawą „czuwania”, ale czy możemy prawdziwie „czuwać” i równocześnie „nie oczekiwać”? Nie jeden uważny czytelnik tekstu dzisiejszej Ewangelii mógłby słusznie dostrzec wręcz zagrożenie już w samym łączeniu, a co dopiero uzależnianiu od siebie tych dwóch podobnie brzmiących pojęć. Można bowiem założyć, że ewangeliczne „czuwanie” na przyjście Chrystusa powinno być pozbawione naszych „oczekiwań” i wyobrażeń. Oczywiście sam dwoma rękoma podpisał bym się pod promocją takiej chrześcijańskiej postawy, ale czy dojście do takiego ideału „czuwania”, może odbyć się bez wzięcia pod uwagę naszych ludzkich „oczekiwań”?

Jest coś niezwykłego, że człowiek zawsze nastawiony jest na jakieś „oczekiwanie”, czyli własne pragnienia i nadzieje. Nawet wówczas kiedy zaczyna żyć chwilą, próbując zagłuszyć w gąszczu i huku codziennych rozrywek własne wnętrze i niespełnienie, nawet wtedy gdy zrezygnowany z głębi własnej depresji wyrzuca, że „nie ma już Nadziei” i „sensu nie widzi”. A może właśnie w tych sytuacjach jeszcze bardziej, mamy do czynienia z wykrzyczeniem ,choć często niewerbalnym, własnych pragnień i oczekiwań?

Każdy na coś „czeka”, choć prawdą jest nie każdy „czuwa”. Postawa „czuwania” jest postawą gotowości na to co nie znane. Gospodarz nie wiedział czy, jaki i kiedy przyjdzie „złodziej”, nie wiedział również czy kiedy i jaki w jego progi może zawitać „wędrowiec”, dlatego powinien „czuwać” i być gotowym urządzić takie przygotowanie na jakie ów „jegomość” zasługuje.

Pozostaje jednak pytanie czy możemy być „gotowymi” na to czego nie znamy, nie znając naszych rzeczywistych „oczekiwań”? Naszych pragnień i nadziei? Wszak gdyby gospodarz wiedział jak wielkie pragnienie snu posiada i skąd owa senność się bierze, gdyby znał powody swojej lekkomyślności w obliczu nadchodzącego niebezpieczeństwa, to czyż przynajmniej nie wystawił by straży u progu swego domu?

Powiązanie naszych „oczekiwań” z nieumiejętnością „czuwania” okazuje się silniejsze niż by na pierwszy rzut oka się wydawało. Powinniśmy zatem odważnie zadać sobie pytanie: jakie są moje „oczekiwania”?, jakie są moje troski pragnienia i nadzieje? Oczywiście nie chodzi o wytworzenie „pobożnościowo poprawnych” idei, ale o odkrycie rzeczywistych moich celów i dążeń. Wydobycie na światło dzienne tego co skrywa nasze serce, nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Wszak jest w naszych pragnieniach wiele małostkowości i próżności. Również w tym co kieruje nas ku wielkim aktom zewnętrznej „nabożności” i „bezgrzeszności” może być nasza pycha i próżność „samozachwytu”.

Zatem „nadeszła godzina przebudzenia ze snu”, nie tylko po to by wydobyć się z letargu naszych pozornych pobożności, ale przede wszystkim by wyjść z ciemności nocy. Aby móc całą naszą małość oświetlić światłem dnia. To co jest na dnie naszego serca trzeba wydobyć, unieść i skierować w stronę światła. Wówczas w jego blasku będziemy mogli rozpoznać samych siebie.

Myślę, że Chrystus nawet nie oczekuje od nas by w naszym sercu zapanowała całkowita idealność jakiejś formy „bezgrzeszności” . Chrystus chce jednak byśmy to serce znali, byśmy znali nasze pragnienia, byśmy wiedzieli co przeszkadza nam w prawdziwym „czuwaniu” i przyjęciu Go takim jakim przychodzi. Jeśli poznamy siły kierujące naszymi dążeniami, będziemy mogli wystawić straże przed nadchodzącym „złodziejem” i wysłać orszak powitalny do przybywającego „wędrowca”. „Przyobleczmy się zatem w zbroję światła” i „żyjmy jak w jasny dzień”, usuwając wszystko co zagłusza nam poznanie siebie i uniemożliwia przybranie adwentowej postawy „czuwania”.

Nie wiem ile w tym rozpoczęciu przeze mnie pisania refleksji niedzielnych jest własnej pychy i skrytej zarozumiałości, a ile pragnienia niesienia światła Ewangelii. Serce mi podpowiada, że choć zawsze jedno z drugim się we mnie miesza to głoszenie Słowa ma tutaj swój zdecydowany priorytet i „biada mi gdybym nie głosił…” Ufam że to co ode mnie pochodzi Chrystus oświetli i oczyści, może posługując się również, mój „rozmówco”, Tobą i twym krytycznym, choć ufam, że życzliwym komentarzem.

Noworoczne pozstanowienie

Mówi się że dobre postanowienia najłatwiej przychodzą z początkiem roku, ale każdy z nas wie, że w mozole codzienności nie zawsze mają szanse przetrwania do jego końca. Moje postanowienie poczynienia wysiłku pisania ponawiałem kilkakrotnie i były to piękne postanowienia, ale niestety tylko postanowienia. Pewnie również czas nowego roku liturgicznego przeszedł by bez większego efektu gdyby nie dziwna zbieżność ostatnich wydarzeń i okoliczności.

Zwyczajem Kościoła Katolickiego po pięciu intensywnych latach pracy w przemiłym Piotrkowie Trybunalskim, dane mi było usłyszeć po powrocie z zasłużonego urlopu, że mam rzucić wszystko z dnia nadzień i za dni kilka przeprowadzić się do miasta Łodzi. W sumie nic zaskakującego.

Nowe miejsce, nowe wyzwania- to nie tylko powiedzenie i teoria. Wciąż się głowię jak być dla tych, do których zostałem posłany, jak mówić im o Chrystusie? Pewnie własnym życiem, ale jak to robić skoro nasze „życia” i „światy” mieszczą się po przeciwległych stronach dwupasmowych ruchliwych ulic i torów kolejowych?

Pewnie nic odkrywczego nie było w stwierdzeniu, że trzeba zacząć od niedzielnych homilii. W tym odkryciu nie poczułem zbytniego obciążenia, gdyż mówić do ludzi, dialogować z myślami własnymi i innych, nawet gdy czyni się to z ambony, wydało mi się i łatwe i przyjemne. Tym bardziej zaskakującym było odczucie jakiegoś dziwnego dyskomfortu w trakcie „niedzielnego objaśniania Słowa Bożego”. Owszem, usprawiedliwień miałem moc wiele. Przez Pierwsze tygodnie moje myśli zajęte były sposobem malowania ścian, skręcaniem mebli, porządkowaniem przeróżnych książek i papierów, a że o tym na kazaniu nie koniecznie trzeba wspominać, to uznałem to za źródło zahamowania mojego krasomówstwa. Potem chciałem zgonić na jesienną depresje i związany z nią niekorzystny biomet ;) Próbowałem nawet uczynić wszystkiemu winne mniej zasłuchane twarze, wystrój kościoła(lub raczej jego brak), a nawet na przytłumiający zapach naftaliny nieustannie obecny w świątynnym pomieszczeniu.

Tym do czego najtrudniej mi było się przyznać to fakt, że może warto by się czasem do tych kazań przygotowywać… cóż nie wiem czy kiedykolwiek napisałem jakiekolwiek kazanie, a ostatnimi laty podstawowym przygotowaniem do ich wygłoszenia, była szczera modlitwa do Ducha Świętego tuż przed jego wygłoszeniem. Stwierdziłem odważnie, że trzeba to zmieć. Czyli trzeba wcześniej zajrzeć w Słowo Boże. Oczywiście nie miałem zamiaru zapisywać kazań. Coś takiego nawet do głowy by mi nie przyszło, przecież kazanie się mówi a nie czyta czy pisze.

Tak by pewnie zostało do dziś a jedynym tego skutkiem mogła by się stać co najwyżej intensywniejsza modlitwa do Ducha Świętego przed wypowiedzeniem niedzielnej homilii.

Tymczasem przed niemal dwoma tygodniami wylądowałem na kapłańskich rekolekcjach w Grzybowie, pod Kołobrzegiem. O rekolekcjach i ich głębi dużo by pisać. Jednak dane mi było ich nietypowe przedłużenie, gdyż niby przypadkiem -ale są tacy, którzy mówią, że przypadków nie ma- mogłem kilkugodzinną drogę powrotną spędzić na rozmowie z ks. Adamem Bonieckim. Oczywiście nastąpiło to tylko dzięki jego życzliwości i wrażliwości, gdyż wracając do Krakowa postanowił odwiedzić miasto Łódź. Zdawać by się mogło że podróż jak podróż, rozmowa jak rozmowa. Poruszyliśmy kilka tematów, trochę o Tygodniku Powszechnym, trochę o szkole i życiu. Cóż, mam wrażenie, że jakoś słów momentami brakowało by wyrazić nie wyrażalne i nawet zdarzały się pokaźne momenty ciszy. Nie zmienia to jednak faktu, że spędzenie kilku godzin z człowiekiem myślącym, światkiem Ewangelii i niezaprzeczalnym autorytetem –co nie jest w tym miejscu bez znaczenia- było dla mnie niewątpliwie czasem nadprogramowych rekolekcji. I co z tej rozmowy wynikło? Wiele drobiazgów układających się w całość, ale nie zapomnę stwierdzenia ks. Bonieckiego, które stało się zachętą na granicy nakazu: „Niech ksiądz pisze sobie kazania”. Oczywiście pomyślałem swoje… -kazań się nie pisze ale mówi! Jednak po kolejnej niedzielnej porażce (choć o dziwo zdarzyło mi się, że kilka osób podziękowało mi za wygłoszoną treść Słowa Bożego –co nieczęsto się zdarza), postanowiłem coś z tym zrobić.

Oczywiście bez obaw, nie mam zamiaru uprawiać odczytów kaznodziejskich z ambony, nawet nie mam zamiaru brać ze sobą gotowej treści „przemowy”. Poszedłem na kompromis. Postanowiłem pisać rozważania nad niedzielną ewangelią. A skoro już je mam pisać to i warto opublikować. I w ten sposób nadarzyła się okazja do wznowienia „pisarsko-blogowej” działalności.

Szybko się okazało, że pisanie rozważań, które oczywiście kazaniami nie są, nie jest rzeczą łatwą. I wiele trudu kosztuje by napisać co czuje dusza. Cóż swoje lata mam… człowiek uczy się całe życie, może warto kunszt i technikę pisarską poćwiczyć? Przyda się niewątpliwie przy spisaniu testamentu ;)

I tak od pierwszej niedzieli adwentu zacznę realizować moje rekolekcyjne, a już nie tylko adwentowe, czy nowo roczne postanowienie.

Nowe miejsce –nowe wyzwania.

PS.

Liczę na życzliwą krytykę i uwagi względem mojego pisarskiego postępu… ;)

czwartek, 21 maja 2009


z listu O. Jana Góry:

Drogi Przyjacielu!

6 czerwca startuje trzynasta LEDNICA.
Co to jest Lednica? 100 tysięcy młodych ludzi. Niesamowite pieśni, znowu z towarzyszeniem wielkich bębnów, atmosfera przyjaźni, radości i modlitwy. I najważniejsze - wybór Chrystusa na Pana naszego życia. To jest LEDNICA!

To Spotkanie jest organizowane właśnie dla Ciebie.
Razem z Tobą chcemy wybrać Chrystusa i przeżywać entuzjazm Wiary.

Czekamy na Ciebie.

Lednica staje się międzynarodowa! W tym roku będą z nami delegaci krajów Europy.
Europa wybiera Chrystusa!

Przyjadą Franciszkanie, by świętować 800 lat swojego istnienia. Pragną każdemu Ledniczaninowi ofiarować błogosławieństwo "Pax et Bonum! - Pokój i Dobro!" i przepiękny krzyż św. Damiana.

Pragniemy każdemu, kto przyjedzie na Lednicę, podarować Lednicką Liturgię Godzin. Chcemy, byś i Ty miał brewiarz - szansę, by z psalmów uczyć się odwagi rozmowy z Bogiem.

Trzynasta Lednica jest pod hasłem: "ROZPOZNAJ CZAS!".
Przede wszystkim chcemy podarować sobie nawzajem trochę czasu, tego, którego wciąż mamy za mało, którego nie wystarcza nam na to, co w życiu najważniejsze. Nad Lednicą mamy czas - bo CZAS TO MIŁOŚĆ!

Prosimy, pomóż nam poinformować o Lednicy. Prześlij tego maila tak szeroko, jak tylko można - z prośbą o przekazanie dalej. Dodaj też plakat lednicki do zdjęć w Twoim profilu na naszej-klasie wraz z komentarzem informującym o Lednicy (propozycja na lednickiej stronie internetowej) i ustaw to zdjęcie jako główne.
Uruchommy lednicką lawinę informacyjną, by każdy dostał szansę spotkania z Chrystusem i wybrania GO.

Prosimy, zmobilizuj katechetów, księży, wychowawców, by zorganizowali wyjazd na Lednicę. Może zorganizuj go z przyjaciółmi? Jeśli nie masz z kim jechać, zobacz na naszej stronie internetowej w bazie wyjazdów czy nikt nie organizuje wyjazdu z Twoich okolic. Jeśli nie, przyjedź sam - spotkać i poznać przyjaciół żyjących Wiarą.
6 czerwca wszystkie pociągi zatrzymują się na Lednicy!
Szczegóły w Internecie - adresy poniżej.

Czekamy na Ciebie 6 czerwca pod Rybą.

Jan Góra OP

Jak Co roku wyjazd na Lednice organizowany jest również z Piotrkowa Tryb.

koszt: 35 zł (+ 5 zł. wpłacane dla organizatorów)
wyjazd 6 czerwca o godz. 5.00
powrót 7 czerwca około godz. 7.00

zapisy w kancelarii par. NSJ w Piotrkowie -ul. Armii Krajowej 19
info u mnie

rozpropaguj to zaproszenie wśród znajomych i nie zwlekaj - zapisz się już dziś!
ilość miejsc ograniczona....

sobota, 9 maja 2009

codzienność zabiegania...




Wydawało by się, że dzień jak co dzień, no może za wyjątkiem kilku drobiazgów, szczególnych spotkań, postanowień i braku ich realizacji.

Tak jak co dzień olbrzymie zabieganie i skołowanie, sam już nie wiem jak człowiek zdąża z spotkania Na spotkanie, gdyż wydaje się to czasami nieprawdopodobne. Paradoksalnie nie wiem również jak to się dzieje, że nie jestem wstanie wywiązać się z wielu podjętych i przyobiecanych zobowiązań.
Pewnie dzisiaj w swoim zakołowaniu przeszedłem samego siebie, zauważając dość wyraźnie, że w pośpiechu człowiek traci nie tylko głowę, ale i również wiele cennego czasu, gdyż przez rozkojarzenie szuka pozostawionych pod ręką przedmiotów i notorycznie z ich powodów zawraca z drogi.

Buduje się we mnie szlachetne postanowienie, aby się zatrzymać i zwolnić! I W konsekwencji decyduję się na dość nietypowy krok nie zabierania z sobą do Wilna komputera.
W tej sytuacji na wszystkie meile odpisać powinienem przed wyjazdem. Niestety nie stało się to możliwe m.in. ze względu na nagłe spotkanie z Janką Ochojską. Chodziło o udział w jakimś drobnym szkolnym festynie ekologicznym, a daj Boże skończy się na studniach w Sudanie, które powstaną dzięki mieszkańcom Piotrkowa.

Jeszcze szybka wizyta u lekarza, gdzie zastałem tylko bezsilnego pediatrę, któremu musiałem pomóc w wypisaniu niezbędnych dalszych skierowań. Ustalenie obecności w komisji maturalnej. Sprawy kancelaryjno-parafialne. Ryzykowna pod względem napiętego czasu, ale zalecana przez lekarzy wizyta na basenie. Msza,… i tradycyjnie pozostawione na ostatnią chwilę pakowanie. Oj jak mi się nie chce nigdzie jechać….

Cóż szybka kolejna decyzja komputer jednak zabieram z sobą… może uda mi się odpisać na kilka maili w autobusie.

Straszny pośpiech milknie w drodze do Wilna, dociera do mnie dzisiaj informacja o śmierci ks. Papiernika –wracał z Litwy, też wciąż zabiegany… może doprawdy warto jednak zwolnić.
W autobusie nic mi się już nie chce, próbuję się zdrzemnąć…
Powstaje nieco chaotyczna notka, ale przecież to tylko jakaś skromna część mojego nieco chaotycznego dzisiejszego dnia…